Reportaże i wywiady Wyznania poszukiwacza ofiar rzezi wołyńskiej

Wyznania poszukiwacza ofiar rzezi wołyńskiej. Tego, co znalazł, nie chciała pokazać żadna telewizja

Wyznania poszukiwacza ofiar rzezi wołyńskiej. Tego, co znalazł, nie chciała pokazać żadna telewizja
Robert Kmieć podczas wyprawy na jedno z jezior pod Nowym Dworem Mazowieckim. Tym razem w poszukiwaniu zatopionego pojazdu pancernego. [fot: arch.pryw.]

Robert Kmieć zajmuje się poszukiwaniem skarbów od kilkunastu lat. Wyciąga z jezior czołgi, samoloty i wozy opancerzone. Nie robi tego dla fantów, nie szuka łatwego zarobku. Dla niego ta praca jest odkrywaniem historii, często makabrycznej, brutalnej i niewygodnej politycznie. Tak jest w przypadku rzezi wołyńskiej, podczas której tysiące naszych rodaków straciło życie. Czy to było ludobójstwo? Poszukiwacz, który był na miejscu zbrodni i miał w ręku roztrzaskane siekierą czaszki małych dzieci nie ma żadnych wątpliwości. W rozmowie z Menstream.pl opowiada, jak trudno dotrzeć z prawdą do społeczeństwa.

Menstream.pl: Jak to możliwe, że Ukraina pozwoliła zbliżyć się polskim badaczom do miejsca zbrodni? To przecież niewygodne fakty.

Robert Kmieć: Dostaliśmy od władz Ukrainy zezwolenie na kilka dni pobytu w okręgu wołyńskim. Pojechał z nami również Adam Sikorski, znany z telewizyjnego programu Było, nie minęło. To on dokumentował całą ekspedycję. Były dwa wyjazdy, w ubiegłym roku i wcześniej, dwa lata temu. Można powiedzieć, że nasze poszukiwania były trochę półlegalne.

Co to znaczy?

Po pierwsze trzeba było przetransportować na miejsce georadary i inny sprzęt, który miał nam posłużyć do zlokalizowania i zmierzenia ewentualnych mogił, które mieliśmy zamiar znaleźć. No i nie mogliśmy przecież powiedzieć wprost Ukraińcom, po co tak naprawdę jedziemy na Wołyń.

Więc jaką wersję usłyszeli?

Akurat zdarzyło się, że prezydent Bronisław Komorowski miał spotkać się z prezydentem Ukrainy na otwarciu polskiego, powojennego cmentarza. To było niedaleko miejsca, które chcieliśmy sprawdzić. Tłumaczyliśmy więc, że jesteśmy na miejscu w związku z tym wydarzeniem. To była nasza przykrywka.

I nikt nie obserwował, co tam robicie? Trochę trudno w to uwierzyć.

Oczywiście byliśmy sprawdzani. Funkcjonariusze KGB co rusz przyjeżdżali, przyglądali się, wypytywali i patrzyli na ręce. Zdarzało się, że chcieli utrudnić nam poszukiwania podrzucając gdzieś niewybuch.

Żeby przepłoszyć badaczy?

Tak. Mówili, że mają zgłoszenie od pobliskich mieszkańców, że w okolicy jest jakiś niewypał i muszą to sprawdzić. Oczywiście dla naszego bezpieczeństwa. W rzeczywistości obawiali się tego, co możemy znaleźć.

Domyślam się, że ekspedycja na ziemię wołyńską przyniosła rezultat.

To, co zobaczyłem na Ukrainie, ma się nijak do tego, co oglądałem wcześniej, w kilkunastoletniej karierze poszukiwacza. Nie raz miałem do czynienia z grobami żołnierskimi, z których wyciągaliśmy czaszki i kości. Widziałem już po pięćdziesiąt osób pochowanych zbiorowo. Stojąc jednak nad mogiłami w Wołyniu, coś ścisnęło mi serce. Jeszcze po powrocie do kraju, przez trzy tygodnie nie mogłem dojść do siebie. Do dzisiaj trudno dobierać słowa, gdy o tym opowiadam.

Rzeź wołyńska
Masowa zbrodnia dokonana przez nacjonalistów ukraińskich na mniejszości polskiej, podczas okupacji terenów II Rzeczypospolitej przez III Rzeszę, w okresie od lutego 1943 do lutego 1944. Ofiarami mordów byli Polacy, w dużo mniejszej skali Rosjanie, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Czesi i przedstawiciele innych narodowości zamieszkujących Wołyń. Dokładna liczba ofiar nie jest znana.

Co tak Panem wstrząsnęło?

To może zrozumieć tylko osoba, która stoi nad grobem, w którym spoczywa nie jedna osoba, lecz dziesiątki dzieci powrzucanych jedno na drugie. Bo większość zwłok w odnalezionych przez nas mogiłach, to były właśnie dzieci, w różnym wieku. Znajdowaliśmy szczątki dwulatków, czterolatków, dziesięciolatków.

Żołnierze Ukraińskiej Powstańczej Armii nie oszczędzali przecież nikogo. Mordowano całe rodziny, bez wyjątku.

Tylko w jaki sposób. W niektórych czaszkach małych dzieci były dziury wielkości pięści, zapewne od uderzenia młotkiem lub siekierą. Przecież to jest niewyobrażalne, żeby tak postępować z drugim człowiekiem. Pytaliśmy też Ukraińców, którzy zainteresowani podchodzili do nas, czy pamiętają tamte lata. Niektórzy zgodzili się mówić.


Co wyłania się z ich opowieści?

Dantejskie sceny. Akurat prowadziliśmy prace przy ukraińskiej wsi Ostrówki. Lasy i pola obok tej miejscowości do dzisiaj noszą miano trupiego pola, pobliscy mieszkańcy bez problemu potrafią je wskazać. To tam Ukraińcy wymordowali setki Polaków, pozostawiając ciała bez pochówku. W lasach walały się trupy, które stały się później pożywką dla kruków. Dopiero po dwóch tygodniach armia Rosyjska, która zajęła tamte ziemie, nakazała pobliskim mieszkańcom wykopać mogiły i zrzucić do nich zwłoki. Odór rozkładających się ciał było ponoć czuć w promieniu kilku kilometrów, a zwłoki kobiet, dzieci i mężczyzn były już tak rozłożone, że trzeba było ściągać je do mogił bosakami i widłami, bo już się rozczłonkowywały, odpadały ręce, nogi i głowy. I my te mogiły właśnie odkryliśmy.

Władze Ukrainy zdają sobie sprawę z powagi tego odkrycia? Przyznał Pan, że byliście obserwowani.

Chyba nie zdają sobie sprawy ze skali naszych odkryć, ponieważ byliśmy bardzo czujni. Najgorzej było z Ukraińcem, to był chyba jakiś konserwator zabytków z okręgu lwowskiego, który został oddelegowany, by nadzorować nasze prace. No i byli jeszcze wspomniani funkcjonariusze z KGB, którzy nas nachodzili.


Robert Kmieć na planie filmowym Skarby III Rzeszy Bogusława Wołoszańskiego. Tym razem odkrywają tajemnice Zamku Czocha. Fot. archiwum prywatne.

Na czym to nękanie polegało?

Pamiętam, jak mundurowi przyjechali i rzucili wszystkich na maskę samochodu. Rewizja, pytania, oglądanie sprzętu. Było ich kilku. Dowódca przez dłuższy czas wydzwaniał do swoich zwierzchników z pytaniem, co z nami zrobić. W końcu odpuścili, bo nie znaleźli podstaw do zatrzymania. Mieliśmy szczęście. Innym razem prawie się zdemaskowaliśmy. Mundurowi byli o krok, by zobaczyć ogrom naszych odkryć.

Jak udało się uniknąć kłopotów?

Gdy już zorientowaliśmy się, z czym mamy do czynienia, trzeba było wszystkie szczątki opisać, skatalogować i policzyć. Pomagali w tym archeolog oraz antropolog, których mieliśmy w naszej ekipie. Wszystko układali skrzętnie na workach, rozłożonych na ziemi obok grobowca. Robiliśmy dokumentację, fotografie, by nikt nie zarzucił nam bezczeszczenia ciał. Nagle usłyszeliśmy dźwięk silnika. To były dwa samochody KGB. Na szczęście droga przez pola była trudna, więc trochę zajęło im dotarcie na nasze stanowisko badawcze. Mieliśmy więc czas, by zareagować. Cztery osoby szybko wykopały nowy dół, do którego poskładaliśmy wydobyte już z mogiły szczątki i ponownie przysypaliśmy je ziemią. Na to poszła beczka, na niej porozkładaliśmy jedzenie, dla niepoznaki. Jak Ukraińcy dotarli na miejsce i zajrzeli do mogiły, było w niej chyba sześć ciał. Tylko tyle znaleźliście? zapytali. Pokręcili się trochę po obozowisku i odjechali.


Co się później stało z tymi wszystkimi szczątkami? Nadal są zakopane na trupim polu?

Nie mogliśmy tak tego zostawić. Wszystkie odnalezione przez nas zwłoki zostały przeniesione na polski cmentarz, gdzie została odprawiona msza przez polskiego księdza.

Na tym samym cmentarzu, na którym mieli spotkać się prezydenci?

Tak. Z jakiś powodów, których nie znam, do spotkania głów obu państw jednak nie doszło. Były jednak osoby z Polski, rodziny pochowanych tutaj w czasie wojny rodaków. Przyjechali również przedstawiciele duchowieństwa ukraińskiego. Pamiętam, że jak zaczęła się część mszy, podczas której chowano wszystkie znalezione przez nas szczątki, opuścili oni cmentarz i stali za płotem. Wszyscy byli w szoku, nie rozumieli takiego zachowania.

Jak Pan je interpretuje?

Jestem prostym człowiekiem, nie wiem, co o tym sądzić. Najważniejsze było dla mnie wtedy upamiętnienie pamięci zamordowanych.

Na trupim polu też stanął jakiś znak, przypominający o tej zbrodni?

Ukraińcy pozwolili nam wyciąć dwa drzewa. Zbiliśmy z nich krzyż, który tam stanął. Tylko w ten sposób, oraz krótka modlitwą, mogliśmy oddać hołd wymordowanym rodzinom.

Co stanie się z zebranym przez badaczy materiałem? Przecież robiliście zdjęcia, kręciliście materiał filmowy.

To nie zginie. Adam Sikorski robi na jego podstawie film dokumentalno-fabularyzowany. Mogę już zdradzić, że obraz będzie miał premierę we wrześniu tego roku, będą pokazy w Warszawie. Po premierze można spodziewać się niemałego zamieszania.


Robert Kmieć podczas pracy. Fot. archiwum prywatne.

Dlaczego? Przecież temat Wołynia nie jest nowy. Polacy już się z nim obyli.

Tylko ten film przedstawi prawdę historyczną, pokażemy doły śmierci, które zastaliśmy w Ukrainie. Będą inscenizacje mordu, żadnego przekłamania. Moim zdaniem to bardzo wstrząsający materiał. Proszę sobie wyobrazić, że żadna stacja telewizyjna nie jest zainteresowana wyemitowaniem dokumentu, ponieważ jest zbyt drastyczny, zbyt bije w interesy ukraińsko-polskie. Na szczęście znalazł się człowiek, który wyłożył pieniądze na realizację projektu. Tyle mogę powiedzieć.

Z tego co Pan mówi, ten film może jednak uderzyć w interesy ukraińsko-polskie.

Jeżeli były mordy, to trzeba pokazać, w jaki sposób ich dokonywano. Nie mówię, byśmy rozpętywali trzecią wojnę światową i szli na Ukraińców. Jednak dopóki władze tego narodu nie przyznają, że takie zbrodnie miały miejsce i nie potępią tego, co się wydarzyło, nie ma mowy o jakimkolwiek pojednaniu. Stepan Bandera, który ponosi odpowiedzialność za zorganizowane ludobójstwo polskiej ludności cywilnej na Wołyniu, nadal jest przecież traktowany u nich, jak bohater narodowy.

Trzy lata temu zostało mu nadane największe odznaczenie państwowe na Ukrainie. Później je cofnięto.

Co z tego, jeśli w zamian postawili mu kolejny pomnik? Ponad osiem szkół na terenie Ukrainy nosi też imię Bandery, podobnie jak około dwieście ulic, nie mówiąc o innych instytucjach. Oni naprawdę uważają go za wielką postać. Jeszcze sporo czasu może minąć, nim zmienimy karty historii.

Robert Kmieć
Zajmuje się poszukiwaniem skarbów od około trzydziestu lat. Profesjonalnie robi to od lat dwunastu. Pracował m.in. z red. Adamem Sikorskim przy programie Było, nie minęło, teraz działa w szeregach Narodowej Agencji Poszukiwawczej, organizacji współpracującej z instytucjami państwowymi, takimi jak: Muzeum Wojska Polskiego, Muzeum Armii Krajowej, IPN, Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Robert Kmieć pracuje również z Bogusławem Wołoszańskim przy nowym cyklu dokumentalnym pt: Skarby III Rzeszy.
Czytaj w Menstream.pl
Kolekcjoner czaszek stanie przed sądem
Kolekcjoner kości wszedł w posiadanie szczątków bezprawnie, bez zgody kościoła, z którego je zabrał.
Ile dostają za wejście w ogień?
Tysiąc stopni Celsjusza, zwęglone ciała i pułapki w płonących domach. Taka praca wymaga silnych nerwów.
Spowiedź strażników miejskich
Czterech funkcjonariuszy odkrywa tajemnice nielubianego zawodu.
Dariusz Madejski
2013-08-01
SKOMENTUJ

  
Podaj pierwszy znak kodu sUNYf
KOMENTARZE
  • 15.10.15, 23:57:27

    ~archeolog x

    znam te ekipe archeologow panienka i stary pryk co pojecia nie ma o temacie, pierdoli zawsze bezsensu szkoda słow kto tych kretynow slucha tylko ci wolontarjusze co zadaro dla nich odwierty robia a oni kase trzepia, ciekawi jestescie ile te nieroby biora panienka za wyjazd 14 dniowy kasuje 60 tyś a stary pryk 50 tyś niezle na wyjazdach lody kreca
    odpowiedz
  • 15.12.15, 22:42:13

    ~T.T

    Mój pradziadek to Stanislaw Baginski sołtys Małej Klecki odcięli mu głowę ,a drugich pradziadków cała rodzina pocięli piłami w stodole ,uratował sie mój dziadek który był na froncie
    odpowiedz
  • 19.12.15, 17:33:07

    ~Tomek G

    Kmieci i Szymanowski z wizny maja przerabane u tych archeologów bo napisali pismo do rady tego i owego o udostepnienie dokumentow z ich prac na ukrainie i zaczeli bardzo krytykowac i naglasniac publicznie ich prace i ich faktury. Z tego co wiadomo ekipa tych archeologow brala 60 tys zl za przygotowanie do wyjazdu na ukraine, 1 tys zl za kazde wyciete drzewko, za prace tygodniowe na ukrainie i wykopanie 2 dolkow i 100 odwiertow ktore wykonali wolantariusze ekipa arche zgarnela 80 tys zł. Niezle na polskim nieszczesciu zxarabiaja te palanty az zgroza bierze nie dziwie się ze Kmieci i Szymanowski to wszystko naglosnili.
    odpowiedz
  • 4.02, 09:36:37

    ~zbylu

    Na prawdzie można budować prawdziwe relacje, w innym przypadku będzie to bardzo nie trwałe. Zbrodnie na Wołyniu i Galicji wschodniej muszą być nazwane zbrodniami i ludobójstwem. Na mogiłach powinny być informacje prawdziwe i pełne nie przemilczane półprawdy w stylu "zginęli śmiercią tragiczną"
    odpowiedz
  • 4.02, 16:30:55

    ~Rysio R.

    na podstawie tych faktow Polacy powinni nie miec problemow z rostrzygnieciem sympatii do ukraincow (!?) no tyle ze urodzony niewolnik ma inne pojecie faktow historycznych jak i podejscie do osob ktorym "musi sluzyc".
    odpowiedz
  • 4.02, 23:50:29

    ~Alefa

    ~Rysio R. napisał(a):
    na podstawie tych faktow Polacy powinni nie miec problemow z rostrzygnieciem sympatii do ukraincow (!?) no tyle ze urodzony niewolnik ma inne pojecie faktow historycznych jak i podejscie do osob ktorym "musi sluzyc".


    NIENAWIDSZĘ POlakozerczych skurw.... ktorzy potrafili z ukrainca czynnego banderowca Siemoniaka zrobić Ministra Obrony Narodowej w Polsce.Jak trzeba byc zdeprawowanym jak tusk,sikorski,komorowski - też czerwony pomiot ukraiński z rodziny bandytów i złodzieji .co i sam odziedziczył- rothfeld zwany rostowskim i inne tego typu śmiecie ludzkie aby mieć na uwadze tylko zysk materialny.
    Dla mnie ukraińcy i muzułmańskie czarnuchy,ciapaci mają podobny poziom
    dzikosci.To sie wiąże z mentalnością tego nie zmienią cywilizacyjne gadżety.
    odpowiedz
  • 5.02, 22:00:07

    ~w34

    W obronie ojczyzny: Ukraińcy w szeregach Wojska Polskiego w 1939 roku
    E-mailPrintPDF
    Źródło - forumemjot.wordpress.comW jednym z powojennych wywiadów Ukrainiec Pawło Szandruk, walczący w szeregach Wojska Polskiego podczas kampanii wrześniowej powiedział zdanie, które, bez wątpienia, podzielał każdy Ukrainiec, urodzony za Zbruczem, będąc w Wojsku Polskim: „Za Polskę walczyłem, bo uważałem, że przez to walczę za Ukrainę. A gdy potrzeba zajdzie, bić się jeszcze raz za Polskę – będę! Z tych samych powodów. Polska była moją drugą ojczyzną”.

    II Rzeczpospolita była wielonarodowym i wielokulturowym państwem. Do 1939 roku oprócz Polaków zamieszkiwali ją Ukraińcy (blisko 14%), Żydzi (8%), Białorusini oraz przedstawiciele innych narodowości. Wielu z nich aktywnie uczestniczyło w życiu społecznym i politycznym swojego państwa. Wspominając politykę wobec mniejszości w okresie międzywojennym, oczywiście nie można nie wspomnieć kwestię ukraińską, a mianowicie zaostrzenia w tym czasie stosunków polsko-ukraińskich, co w czasie II wojny światowej po części zaowocowało Rzezią Wołyńską. Jednak są także inne strony tych relacji. Warto tu chociażby wspomnieć, że 1 września 1939 roku z bronią w rękach przeciwko Niemcom wraz z Polakami w szeregach WP stanęło około 150 tysięcy Ukraińców.

    Do dzisiaj nie jest znana dokładna liczba ukraińskich żołnierzy, biorących udział w kampanii wrześniowej 1939 roku. Historycy przytaczają wyłącznie proporcję ilości żołnierzy, pochodzenia ukraińskiego, przebywające w wojsku w latach 30., porównując je z mobilizowanymi sprzed września 1939 roku.
    Polityka Ministerstwa Spraw Wojskowych, jeszcze w latach 20. ubiegłego wieku opracowała rekomendacje dotyczące ilości przedstawicieli mniejszości narodowych w Wojsku Polskim. Według danych z 1923 roku liczba Ukraińców w poszczególnych rodzajach wojsk wyglądała następująco:



    W 1924 roku ilość Ukraińców w Wojsku Polskim stanowiła ponad 11%, czyli około 20 tys. Było to w dwa razy mniej w porównaniu z 1923 rokiem. Taka liczba utrzymywała się do początku II wojny światowej. W 1938 roku ilość Polaków w wojsku stanowiła około 120 tys. osób, a Ukraińców – ponad 15 tys. Warto dodać, że ilość ukraińskich oficerów w WP była znikoma.

    Od 15 maja 1939 roku i do 15 sierpnia trwała ogólna mobilizacja wojskowa. Biorąc pod uwagę to, że przywidywano zwiększyć liczebność armii dziesięciokrotnie - do 1,5 mln, można zasugerować, że liczba Ukraińców w wojsku wzrosła do 150 tys. Ta liczba jest jednakowo wspominana zarówno w polskich źródłach, jak i ukraińskich.

    Najwięcej Ukraińców służyło w 54. Pułku Piechoty w składzie 12. Dywizji. Liczba Ukraińców stanowiła w nim ponad 40%. W innych pułkach – czternastym, siedemnastym oraz dwudziestym piątym ta liczba wynosiła około 20%. W 12. Pułku Artylerii Ukraińców było także ponad 20%. Taka sama ilość żołnierzy ukraińskiego pochodzenia stanowiła w Wielkopolskiej Brygadzie Kawalerii.

    W pierwszych tygodniach walki z Niemcami, w szeregach Wojska Polskiego zginęło około 8 tys. Ukraińców. 60 tys. żołnierzy pochodzenia ukraińskiego trafiło do niemieckiej niewoli, zaś ponad 20 tys. - do radzieckiej. Spora część polskich żołnierzy - Ukraińców zginęło w Bykowni, razem z Polakami. Ci, którzy odmówili wstąpienia do Armii Czerwonej i przeżyli „stalinowskie trojki”, zostali zesłani do syberyjskich łagrów.

    Przykładem nietuzinkowego bohaterstwa w pierwszych dniach września 1939 roku była postawa ppłk. Pawła Szandruka, który został przydzielony do 29. Brygady Piechoty pod dowództwem płk. Jana Bratry. Pisząc o bohaterskim czynie, którego dokonał 23 września 1939 roku, ratując wielu polskich żołnierzy, nie można nie wspomnieć o jego życiorysie. Oficer rosyjskiej armii carskiej, po wojnie polsko-bolszewickiej znalazł się u boku Szymona Petlury. Razem z wojskiem Ukraińskiej Republiki Ludowej przekroczył Zbrucz i został internowany na terenie II RP, gdzie następnie wziął aktywny udział w formowaniu Wojska Polskiego. Od 1928 roku pełnił obowiązki szefa tajnego sztabu armii URL, przy Sztabie Głównym Wojska Polskiego. Opierając się na żołnierzy armii Szymona Petlury oraz Ukraińców, mieszkających w Rzeczypospolitej, sztab URL miał za zadanie formowania jednostek wojskowych, składających się z osób ukraińskiego pochodzenia. Na tym stanowisku Szandruk przebywał do września 1939 roku. Zastępując chorego pułkownika Bratrę, Szandruk uratował od zagłady wielu polskich żołnierzy, którzy trafili w niemiecką pułapkę pod Tomaszowem Lubelskim. W 1965 roku został za ten czyn odznaczony przez generała Władysława Andersa Krzyżem Virtuti Militari. Wspominając ten okres swojego życia, Pawło Szandruk w jednym wywiadów powiedział zdanie, które, bez wątpienia, podzielał każdy Ukrainiec będący w Wojsku Polskim: „Za Polskę walczyłem, bo uważałem, że przez to walczę za Ukrainę. A gdy potrzeba zajdzie, bić się jeszcze raz za Polskę – będę! Z tych samych powodów. Polska była moją drugą ojczyzną”.

    W tym roku będziemy obchodzili 76. rocznicę klęski wojsk polskich we wrześniu 1939 roku. O tym, że pierwsze walki z reżimem faszystowskim toczyli ramie w ramie Polacy i Ukraińcy dzisiaj wiedzą nieliczni. A jest to jeszcze jedna zapomniana strona historii dobrosąsiedzkich stosunków obydwu państw.

    Jan Matkowski, 21.01.15 r.

    odpowiedz
  • 6.02, 20:16:30

    ~Peter54

    Robert, trzymaj się i rób dalej to co robisz. Na hieny "archeologiczne" nie zwracaj uwagi. To jest znana seria p.t. -"Serdecznie witam moich Braci. A Brat to ten co dobrze płaci"- Jedna z tych zwierzątek już właśnie zapłaciła, stanowiskiem. Teraz będzie ją łatwo rozliczyć bo straciła "plecy". Po nitce do kłębka. Już niedługo zresztą ta sprawa znajdzie swój finał.
    odpowiedz
  • 21.06, 09:07:18

    ~wołyń2015

    Tak Krzysztof, w miejscu kuźni Bałandy georadar nic nie wskazał choć potem wierceniami i odkrywką znaleziono resztki po płocie i fragment zabudowań. Kłamiesz pan panie, kuźnia i Wola Ostrowiecka nie były jedynymi miejscami gdzie chodził georadar, a na Woli Ostrowieckiej w miejscu gdzie georadar nic nie wskazał wykryto pojedyńczy pochówek. Po prostu georadary się nie sprawdzają w tamtym terenie i przyczyna tego jest znana. O zachowaniu przy ognisku to pan panie nie pisz bo siedziałeś jak trusia bo amsz za uszami wiele, włacznie z oczernianiem archeologów i dziaaniem na szkodę Rzeczypospolitej. Zajmij się sobą i własnymi problemami zamiast oczerniać kogoś. Vide sytuacja w Tynnem. Dlatego nikt racjonalny nie dopuszca współpracy z Wami.
    odpowiedz
  • 13.07, 08:27:42

    ~stary bez sklerozy

    Ciekawe komentarze. p.A.S. jest znany od początku jako kombinator i chorągiewka, który wypłyną w PRL na krytyce swoich dzisiejszych bohaterów, ale widać młodsi się uczą...
    odpowiedz