Reportaże i wywiady Czasem ktoś ich opluje, czasem zwyzywa

Czasem ktoś ich opluje, czasem zwyzywa. To nie zraża polskich esesmanów, bo zależy im na pielęgnowaniu historii

Czasem ktoś ich opluje, czasem zwyzywa. To nie zraża polskich esesmanów, bo zależy im na pielęgnowaniu historii
[fot: Archiwum SRH Die Freiwilligen]
Ile ten chłopiec mógł mieć lat? Dwanaście, trzynaście - w każdym razie mało. Stał umorusany, ale zadowolony. Nagle machnął ręką w jakimś energicznym geście, a z ręki zsunęła mu się opaska AK. Szybko się po nią schylił i bez zastanowienia pocałował. Kiedy podniósł wzrok, spojrzał na stojących przed nim esesmanów i zobaczył, że upiorny pluton ma w oczach łzy.

- Ja nikogo nie potępiam. Od potępiania jest Bóg, człowiek jest od dyskutowania! - grzmi Władysław Bartoszewski, były żołnierz AK, więzień Auschwitz, uczestnik Powstania Warszawskiego. - Powinniśmy szanować swoje poglądy, ale wolno nam nawzajem się krytykować. Mówię więc głośno, że mi się to nie podoba. Mam wrażenie, że jest w tym więcej złego niż dobrego.

O kim mówi? No właśnie o tych załzawionych esesmanach. To chłopaki ze Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznej Die Freiwilligen. To oni popłakali się, gdy maluch grający na rekonstrukcji posłańca AK tak potraktował polską flagę. Niedawno jednak sfotografowali się z fińskim weteranem SS i upublicznili to zdjęcia na Facebooku. Tym samym dolali oliwy do tlącego się od dawna ognia i Pomorzem wstrząsnęła fala oburzenia. Czy słusznie? Czy Freiwilligeni - jak się ich w środowisku nazywa - i inni rekonstruktorzy oddziałów SS to neonaziści? Na pewno wyglądają dokładnie jak tamci. Dowodem niech będzie to, że po inscenizacjach bitewnych często podchodzą do nich polscy weterani i po prostu im dziękują.

Z całej bandy tylko ja miałem niemiecki hełm

- Dlaczego interesuję się Niemcami, dlaczego oddziałami SS? Nie wiem. Może dlatego, że za dzieciaka, gdy biegaliśmy z karabinami po podwórkach, to wszyscy chcieli być Klossem, Gustlikiem, Jankiem, a nikt nie chciał odgrywać Niemców. Żeby więc nie psuć zabawy, to ja się decydowałem - mówi Maciej Wilczyński z Die Freiwilligen. - Poza tym mój ojciec zbierał różne pozostałości po Niemcach: odznaczenia, insygnia, ordery. No i jako dzieciak się tego naoglądałem. Może dlatego? - zastanawia się Wilczyński.


Fot. Archiwum SRH Die Freiwilligen

Do tego doszło modelarstwo. Jak większość rekonstruktorów w młodości sklejał wszystko, co wpadło w ręce: czołgi, samoloty, statki. To przy biurku, bo na podwórku trwała zacięta walka. Tylko mały Maciek spośród wszystkich kolegów miał niemiecki hełm. Element uzbrojenia był zbyt cenny, by po prostu się nim dzielić z innymi, dlatego też przypadała mu zazwyczaj rola Niemca. Zresztą, nie było wcale chętnych do odtwarzania tych złych. Do tego stopnia, że gdy szeregi tych dobrych zapełniły się już po brzegi i Janków było już pięciu, a Gustlików po trzech, to czasem ktoś grał nawet Szarika. Byleby tylko nie zostać szkopem fajtłapą.

Bo taki właśnie wizerunek niemieckich żołnierzy pokazywały polskie filmy i książki - jak na przykład Tygrysy - lektury z popularnej wojennej serii sprzedawanej za komuny. Wszędzie niemieccy żołnierze byli jak z Czterech Pancernych: gamoniowaci, głupi, jakby szykowani do wyciągnięcia nóg w groteskowym spazmie. Dopiero programy Bogusława Wołoszańskiego zaczęły pokazywać prawdziwy obraz armii niemieckiej - zdyscyplinowanej, wyposażonej, skutecznej. I podobnie jak modelarstwo, właśnie te historyczne audycje rozbudziły wyobraźnie i pobudziły ciekawość rekonstruktorów jednostek niemieckich - także SS. Bo jak było naprawdę? Skoro ci Niemcy tacy beznadziejni, to dlaczego dali łupnia całej Europie, w tym dzielnym Polakom. Okazało się, że młodzieżowe filmy wyraźnie sprawę bagatelizują. A uczcić polskich bohaterów można tylko pokazując grozę, z którą musieli się zmierzyć.

- Jednostki SS odtwarzamy jak najwierniej po to, by w czasie rekonstrukcji ludzie zobaczyli, jak wyglądali ci żołnierze. By ci, którzy odgrywają Polaków, aliantów, mogli zmierzyć się z przeciwnikiem, który wiarygodnie pokazuje groźnego, przerażającego wroga. Tylko wtedy cała rekonstrukcja robi wrażenie i nie zamienia się w groteskowy spektakl, w którym Polacy walczą ze zbieraniną dziwnych osobowości poprzebieranych w stare zdezelowane płaszcze i garnki na głowach. Robimy to więc też z szacunku dla tych, którzy odważnie stawiali opór elitarnym oddziałom niemieckim - wyjaśnia Maciej Wilczyński.

To tylko jeden z argumentów, którymi odpierają zarzuty o propagowanie nazizmu i kultywowanie pamięci zbrodniczej jednostki. Bo te padają nieustannie, coraz to ukazując ich w świetle neonazizmu, czy też głupoty podszytej rasistowskimi skłonnościami.

Ostatnia burza wybuchła po publikacji jednego z nadmorskich portali trójmiasto.pl. Dziennikarze opublikowali w nim zdjęcie dwóch członków Die Freiwilligen w towarzystwie fińskiego weterana jednostek SS. Należał on do oddziałów tej formacji rekrutowanych spośród obywateli krajów podbitych przez Niemców. Do tego czytelnikom przedstawione zostało zdjęcie iPhona z doklejoną trupią czaszką jako nowy rodzaj tego telefonu, promowany przez członków Die Freiwilligen.

Sprawa z telefonem jest dość prosta. Według chłopaków jego zdjęcie znalazło swoje miejsce na profilu facebookowym nie dlatego, że ma doklejoną tandetną, nawet nie esesmańską czaszkę. Podzielili się ze sobą tym zdjęciem, bo jakiś szalony Japończyk (kto wie, może i ze skłonnościami nazistowskimi) podłączył do iPhona oryginalne słuchawki niemieckiego czołgisty. A to - czyli adaptacja technologii III Rzeszy o dzisiejszych realiów zainteresowało Freiwilligenów. To tyle.


Fot. Archiwum SRH Die Freiwilligen

Ze zdjęciem z nazistą sprawa jest już znacznie bardziej skomplikowana. Grupa została zaproszona do Finlandii na międzynarodowy zlot rekonstruktorów. Tam organizatory przygotowali dla nich niespodziankę w postaci właśnie wizyty weterana II wojny światowej. Finowie w czasie walk, jak i wiele innych narodów, zaciągali się do wojsk SS, bo była to w tym czasie jedyna formacja, w której Niemcy przyjmowali obcokrajowców. Ci ludzie decydowali wtedy, czy przyłączyć się do Niemców i stawiać opór Armii Czerwonej, czy razem z nią zwrócić się przeciwko niemieckiemu okupantowi. Finowie wybrali stronę niemiecką i do dziś fińscy weterani SS uważani są za bohaterów narodowych, którzy ocalili kraj przez zalewem komunizmu. No, a do tego Finowie nigdy nie walczyli na terenie Polski.

W takich okolicznościach Freiwilligeni poznali członka 5 Dywizji SS Wiking. Z jednej strony nie wypadało im urazić gospodarzy i ostentacyjnie wyjść, a z drugiej strony górę wzięła żyłka kolekcjonera, historyka, badacza, więc zasypywali go milionem pytań o rzeczy, o których książki nie piszą. Jak na przykład o to, czy musztra prowadzona była w tych oddziałach po niemiecku czy po fińsku. I to można zrozumieć, ale co z publikacją zdjęcia w sieci?

- Dziś dłużej zastanawiałbym się przed upublicznieniem tej fotografii. Zrobiliśmy to zdjęcie i rozmawialiśmy z tym Finem, ponieważ dzięki niemu dowiedzieliśmy się wielu rzeczy, których inne źródła nigdy by nam nie przekazały. To była kwestia pogłębienia wiedzy naukowej, a człowiek który, w Finlandii jest uznawany za bohatera narodowego, bo bronił kraju przez okupacją rosyjską, wydawał się nam bezpiecznym źródłem - przekonuje Maciej Wilczyński.

Freiwilligeni przyznają, że nie spodziewali się aż takiej reakcji, nie mieli zamiaru wzbudzać takich kontrowersji. Podkreślają, że ich działania są transparentne i nie zamierzają niczego utajniać, ukrywać. Chcą, by ta otwartość była dowodem na szczerze intencje kolekcjonerskie i naukowe. W żadnym razie nie ideologiczne - zarzekają się. Czy to wystarcza? Wielu jednak, niestety, nie.

Nie można by Niemców odgrywać tylko Wermachtem?

- Byłem uczestnikiem walk w Powstaniu Warszawskim, kocham historię najnowszą, nie jest, nie była i nigdy nie będzie mi obojętna. Więc jej zamiłowanie rozumiem, ale w tym przypadku pozostaje pytanie o metody, jakimi ktoś stara się ją propagować - mówi Władysław Bartoszewski. - Niestety, wobec przebierania się w mundury esesmanów jestem krytyczny. Nawet jeśli stoją za tym dobre intencje, to metoda jest zła. Może przynieść wiele złego.

Bartoszewski jest przeciwnikiem rekonstrukcji w ogóle. Dla niego jest to odgrywanie wojny, przedstawianie okropieństw. Dopytuje więc, do czego posuną się rekonstruktorzy w potrzebie odtwarzania scen wojennych. - Czy zobaczymy krew, pot, mocz i kał? Bo przecież taka była wojna - argumentuje.

Rekonstrukcje nie przeszkadzają historykowi Tomaszowi Nałęczowi. Co więcej, lubi je oglądać, znajduje w nich wartość w postaci propagowania historii. Jednak i dla niego zakładanie munduru esesmana jest co najmniej dwuznaczne, niepotrzebne i kontrowersyjne. Profesor przypomina, że SS została przez trybunał norymberski uznana za formację zbrodniczą i jako taka powinna być pamiętana, ale przez podręczniki.


Fot. Archiwum SRH Die Freiwilligen

- Ja wiem przed jak wielkim dylematem stanęło wiele państw. Tak jak Finowie musiały one wybierać mniejsze zło i decydować, czy walczyć po stronie Niemców czy sprzyjać Armii Czerwonej - mówi profesor Nałęcz. - Łotysze, Ukraińcy, Węgrzy - ci ludzi decydowali się walczyć w szeregach SS z zalewem komunizmu. My dziś znamy konsekwencje tego wyboru i dziś na szczęście nie musimy wybierać. Nie rozumiem, dlaczego ktoś miałby teraz sam zdecydować, że założy mundur SS? Doprawdy.

Dlatego profesor Nałęcz proponuje, by sprawę odgrywania w inscenizacjach Niemców pozostawić Wermachtowi. - Niech naszych wrogów uosobiają zwykli żołnierze, a nie zbrodniarze.

Podobnego zdania jest Stanisław Mikulski, który wiele lat grał w serialu Stawka większa niż życie. Spędzał w niemieckim mundurze wiele godzin i wie, że gdy zakłada się go po raz pierwszy, to człowieka przechodzą ciarki, dreszcze niepokoju.

Przecież sam pamięta z dzieciństwa widok esesmanów na ulicach, dumne sylwetki niemieckich oficerów, którym trzeba było schodzić z drogi.

- Ja zakładałem kostium, udawałem, grałem i to była sprawa jasna. A w przypadku tych panów, jak to jest? Dlaczego? Po co? - pyta Stanisław Mikulski. - Mnie się to wydaje wszystko bardzo niewłaściwe, dziwne, podejrzane. Przykro mi, ale nie pochwalam takiego zachowania.

No właśnie, po co? Można by sobie wyobrazić, że członkowie Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznej Die Freiwilligen też grają, też zakładają kostiumy. Że to teatr. Owszem, byłoby to jakieś wytłumaczenie, gdyby posługiwali się nim oni sami. Ale nie, to nie jest teatr, to nie jest odgrywanie, to nie jest wcielanie się w role.

- Nigdy nie fascynowaliśmy się i nigdy nie będziemy się fascynowali ideologią faszystowską. Nie wczuwamy się na rekonstrukcjach w żołnierzy SS. Dla nas rekonstrukcja to jest modelarstwo w skali jeden do jeden. Nam chodzi o pokazywanie rzeczywistości tamtych czasów. To właśnie te czasy budzą naszą ciekawość - mówi Maciej Wilczyński.

Jak to rozumieć? Najlepiej sprawę tłumaczy Paweł Nowaczek, wieloletni rekonstruktor i organizator inscenizacji bitewnych. Według niego, rekonstrukcja jest modelarstwem w skali 1:1. To próba ocalenia świadectw historii bitewnej myśli technologicznej, taktycznej, próba wskrzeszenia zwyczajów bitewnych, zasad musztry, umundurowania. Wszystko to płynie z historycznej pasji. Z potrzeby rekonstruowania właśnie. Nie chodzi jednak o rekonstrukcję ideologii, o przywołanie w rekonstruującym emocji towarzyszących wojnie - chodzi o odtworzenie tego, co powoli znika, historii.

- Ja interesuje się Księstwem Warszawskim. To wydarzenia sprzed 200 lat - mówi Nowaczek. - Gdy człowiek przyjrzy się, ile nam już z tamtych czasów uciekło, jak wiele nie wiemy, ile nie uda nam się już odzyskać, to trwoga bierze. Tak właśnie jest też z II wojną światową. Z każdym tygodniem znika jakiś ślad pamięci po tamtych wydarzeniach - przekonuje.

Nadal jednak otwarte pozostaje pytanie, dlaczego SS i dlaczego ten sposób historycznej kwerendy. Czy nie można by po prostu badać historii i pisać prace? No można by, ale według rekonstruktorów to jest inna, żywsza metoda badania historii. Restaurowanie pojazdów, szycie mundurów, replikowanie broni, odnajdywanie i składanie w całość insygniów. No i modelowanie bitew w normalnych rozmiarach. Poza tym rekonstrukcje przyciągają ludzi. W naszych czasach mają, niestety, większą siłę przyciągania niż książki.

A SS? Sprawa jest prosta. Paweł Stempniak ze Stowarzyszenia Historycznego Wielka Czerwona Jedynka, czyli grupy rekonstruującej formacje amerykańskiej, przyznaje że rekonstruktorów najczęściej interesują jednostki elitarne. Są po prostu najciekawsze dla pasjonatów militariów historycznych.

- Jeśli ktoś zajmuje się armią amerykańską, to pochłania go rekonstrukcja oddziałów spadochroniarzy, oddziały specjalne, a nie ta normalna piechota. Tak samo jest w przypadku zainteresowania niemiecką armią. Jednostki SS są najciekawsze. Były najlepiej wyposażone i najlepiej przeszkolone - mówi Stempniak, który ludzi z Die Freiwilligen dobrze zna, lubi i często z nimi na inscenizacjach występuje.

Trzeba też zakazać filmu 300

Grupa Die Freiwilligen ma też bardzo twarde zasady co do mundurów. Członkom ekipy na przykład nie wolno pokazywać się w nich poza terenem rekonstrukcji. Wiele zespołów, które również odgrywają esesmanów, ma swoje reguły. Na przykład w sekcji SS Grupy Rekonstrukcji Historycznej Festung Breslau każdy kandydat jest przez pół roku testowany. Zespół sprawdza, czy na przykład nie rodzą się w nim dziwne skłonności.

- Chodzi o to, by tę historię odtwarzać, pokazywać, ale w żaden sposób nie fascynować się ideologią tych oddziałów. Wydaje mi się, że ustrzegamy się przed ludźmi, którzy chcieliby to robić w naszych szeregach. Co więcej, jestem przekonany, że robimy dobrą robotę - mówi Andrzej Szynkiewicz z Festung Breslau. - Potwierdzają to polscy weterani wojenni, którzy czasem podchodzą, by wyrazić uznanie dla naszego przygotowania albo po prostu potrzymać broń, o której w czasie Powstania Warszawskiego marzyli - dodaje.

Festung Breslau jest, zresztą, najlepszym przykładem, że grupy rekonstrukcyjne to nie są miejsca na wcielanie się w dobrych żołnierzy, udawanie bohaterów. W tym stowarzyszeniu nie ma tych dobrych. Są do wyboru albo Niemcy albo Rosjanie. A i tak znajdują się chętni. Więc albo należałoby założyć, że wszyscy rekonstruktorzy z Festung Breslau są skrzywieni albo należy uznać - co chyba rozsądniejsze - że nie chodzi im o ideologię, ale o sprzęt, wyszkolenie, realia historyczne. By tego dowieść rekonstruktorzy SS pilnują się także w kwestiach językowych. Swojego zainteresowania nie określają mianem fascynacji.

- To nie jest fascynacja, unikamy tego słowa, żeby nikt nie posądził nas o skłonności nazistowskie - mówi Wilczyński. - To jest pasja, która nie polega na zgłębianiu ideologii, ale na gromadzeniu informacji o życiu żołnierzy tej formacji, na odtwarzaniu ich uzbrojenia, taktyki, zwykłej żołnierskiej codzienności. To nas interesuje. Dlaczego? Chodzi o prawdę historyczną na temat formacji wojskowych - tłumaczy.

Ich ostrożność wynika pewnie też ze świadomości zagrożenia. Muszą zdawać sobie sprawę, że zakładać mundur esesmana - choć dla niektórych będzie to zawsze niedopuszczalne - może tylko człowiek dojrzały i świadomy pewnych mechanizmów.

- Każdy z nas w życiu codziennym jest aktorem, każdy z nas co chwila zakłada inną maskę - mówi profesor Dariusz Doliński ze Szkoły Wyższej Psychologii Spoełecznej. - Inni jesteśmy przy żonie, inni przy szefie, a jeszcze inni przy przyszłym teściu, kiedy chcemy mu zaimponować. I kiedy te maski ciągną nas do góry, jak w sytuacji z teściem, to jest ok, bo mogą nas zmienić na lepsze. Lecz gdy ciągną nas w dół, tak jak w przypadku esesmana, to już rodzi się pewne niebezpieczeństwo.

Profesor zauważa też, że to hobby może ludziom utrudnić życie. Wśród Polaków bardzo silna jest pamięć o okrucieństwie jednostek SS, więc ludzie w mundurach tej formacji mogą budzić żywą niechęć. Jesteśmy skłonni do postrzegania człowieka przez pryzmat sytuacyjny, przez ich role - podobnie jak z aktorami. Skojarzenie będzie proste: człowiek w mundurze esesmana to esesman.

No i owszem, zdarzają się przejawy agresji. A to ktoś krzyknie, a to ktoś opluje, a to ktoś będzie się rwał do bójki. Rekonstruktorom jednak bardziej przeszkadzają ci, którzy przebierają się za esesmanów z przekonań ideologicznych. Bo choć neonaziści i prawdziwi sympatycy SS ukrywają się i spiskują na tajnych spotkaniach, to i na rekonstrukcjach pojawiają się ludzie ze skrajnymi pomysłami - raczej jednak w roli widzów. Kiedyś na jedną z rekonstrukcji przyszedł facet ubrany w mundur Hansa Franka, generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich, z dwójką dzieci też w małych wersjach tego umundurowania. To, przekonują rekonstruktorzy, jest prawdziwy problem.

- Bo ludzie, którzy odtwarzają historię w formie rekonstrukcji bitw, potyczek na pewno nie są neonazistami - mówi Rafał Ziemkiewicz, pisarz i pasjonat militariów. - No bo, jak rekonstruować bitwę pod Grunwaldem bez Krzyżaków? Poza tym ja doskonale rozumiem skłonność tych panów do zgłębiania tajników niemieckiego uzbrojenia i taktyki. To była genialna armia, tylko że mówienie o tym głośno dla niektórych jest propagowaniem faszyzmu. A dopóki oni nie zaczytują się w "Mein Kampf" z wiarą w słowa autora, to wszystko jest w porządku - dodaje pisarz.

No i stawia nad wszystkim wyraźną pointę. Skoro dokuczają nam młodzi ludzie przebierający się na potrzeby rekonstrukcji, to należałoby również zdjąć z ekranów kinowych i zabronić rozpowszechniania na przykład filmu 300. Promuje się w nim Spartan, a jak tłumaczy Ziemkiewicz, że wobec podbitych ludów stosowali oni metody iście hitlerowskie.

Autorami zdjęć do tekstu są: Ł.Dyczkowski, M.Kohyt

Czytaj w Menstream.pl
Polacy pobili tureckie wojsko
Festiwal, który przybliża wiedzę o XVI-wiecznych walkach, zyskał sławę pod nazwą "Patara Tatańska".
Film "Wodzirej" ze Stuhrem zrekonstruowany cyfrowo
Jeden z najważniejszych filmów kina moralnego niepokoju w odnowionej wersji można było zobaczyć podczas projekcji w Warszawie.
Wygrał Idola, pokona Izrael?
Popkultura staje się nową bronią arabskich polityków. Piosenkarz Mohammed Assaf porównywany jest do Jasira Arafata.


Tagi:

ss

rekonstrukcja

esesman

die freiwilligen

Maciej Czujko
2013-07-30
SKOMENTUJ

  
Podaj trzeci znak kodu 2Krpc
KOMENTARZE