Miasto, w którym każdy chciałby umrzeć
1/3 | 2012-02-18 06:28
Tomasz Bonek, dziennikarz i podróżnik, zabiera czytelników w podróż nad Ganges, do Varanasi, najświętszego miasta w Indiach.
Czytaj dalej

fot: Tomasz Bonek Mira przybyła do Varanasi już po zmroku. Po pięciodniowej podróży z Jaipur w Radżasthanie była tak zmęczona, że chciała przytulić się, chociażby do jakiegoś muru i zasnąć. Nieważne gdzie, nieważne czy bezpiecznie. Jechała autostopem, autobusem, pociągiem. Kiedy skończyły sie pieniądze, szła pieszo. Usiadła w końcu na ulicy, obok dwóch świętych krów, które akurat tu postanowiły spędzić noc. Nie przeszkadzały jej ani zwierzęta, ani tysiące innych pielgrzymów, którzy przybyli tu w tym samym czasie. Niektórzy z nich tylko po to, aby... umrzeć i spłonąć na pogrzebowym stosie.
Zakończenie życia właśnie tu, jest największym marzeniem każdego pobożnego Hindusa. Tak można wyzwolić się z zaklętego kręgu narodzin oraz śmierci i już nie wracać na ten świat.

Fot.Tomasz BonekTakiej pobożności, jak w Varanasi nie spotkałem nigdzie indziej na świecie. Tu życie podporządkowane jest bogom. W hotelach nad Gangesem, nawet tych dla turystów, nie podaje się mięsa. O alkoholu nie wspomnę... A jego braku nigdzie indziej nie odczuwa się tak bardzo. Kiedy wjedzie się do miasta po raz pierwszy, spędzi kilka chwil nad brzegiem Gangesu, po prostu napić się trzeba. To znieczulenie. Dla Europejczyka nieznającego i niekochającego Azji, po prostu niezbędne.
Ulice są chyba najgwarniejszym i największym targowiskiem na świecie. Tysiące ludzi udając się nad brzeg najświętszej z indyjskich rzek kupują na straganach ofiary dla bogów: wianki z kwiatów, gliniane dzbanuszki z mlekiem lub sklarowanym masłem, wymyślne słodycze, ziarna ryżu, miniaturowe świeczki na łódeczkach z wysuszonych liści batelu. Wydadzą na te dary nawet ostatnie pieniądze, choćby nie mieli później za co kupić sobie czegoś do jedzenia.

Fot. Tomasz BonekWszyscy czekają na świt. Tak, jak Mira z Radżasthanu, która o porannym zanurzeniu się w Gangesie marzyła od zawsze. Wierzyła, że to pomoże jej po śmierci odrodzić się w lepszej grupie społecznej, że jej dusza nie zamieszka na przykład w jakimś nieczystym zwierzęciu, że pomoże to jej uzyskać lepszą karmę. Poznałem ją podczas podróży po środkowych Indiach, zaraz po przyjeździe do Varanasi. Potknąłem się o nią na ulicy. Dosłownie.
Leżała niczym martwaRupie na tę podróż zbierała latami, pracując jako uliczna kucharka w Jaipur, mieście słynącym z biżuterii zdobionej szlachetnymi i półszlachetnymi kamieniami, którą wytwarza się tu od setek lat, a cały Radżasthan nią słynie. Lepiła pierożki nadziewane siekanym mięsem kurczaka z przeróżnymi przyprawami, które smażyła na rozgrzanym łoju.
Ponoć były najlepsze w okolicy. Mąż szlifował rubiny, malachity, lapis lazuli i inne kamienie w wytwórni wyrobów z białego marmuru. Ona pilnowała jeszcze piątki dzieci. Oboje zarabiali najwięcej, kiedy udało im się spotkać turystów – albo dali trochę pieniędzy zupełnie bezinteresownie, albo zapłacili za jedzenie nawet dziesięć razy tyle, co Hindus. Skrupulatnie zbierali na podróż życia.
W końcu wyruszyli do Varanasi. Ona wzięła worek z najbardziej potrzebnymi przedmiotami. Nosiła go na głowie. On trzymał pieniądze. Jechali najpierw okazją, później trochę pociągiem, spory kawałek drogi przebyli pieszo. Kiedy dotarli do celu byli najszczęśliwszymi ludźmi na świecie wśród tysięcy innych, którzy przeżywali to samo. Nie przerażał ich tłum, to że nie mają dachu nad głową i muszą umyć się na ulicy - bo to jest tu normalne, i będzie chyba zawsze.

Fot. Tomasz Bonek W Varanasi ludzi takich, jak są tysiące. Do miasta wjeżdżałem pod wieczór, ale nic nie wskazywało na to, że ktokolwiek zamierza tu spać. Życie tętniło na ulicach. Niezliczona ilość samochodów, rikszy, motorikszy zwanych tutaj tuk-tukami, wozów ciągniętych przez wielbłądy i woły powoli przesuwała się w stronę Gangesu. Było ich tyle, że przejście na drugą stronę ulicy wydawało się graniczyć z cudem. A jednak wszyscy się przemieszczali.
Pomiędzy ludźmi i ich pojazdami leniwie kręciły się święte krowy, ani trochę nie zwracając uwagi na ten olbrzymi ruch wokół siebie. Zachowywały się tak, jakby doskonale wiedziały, że są święte. Błędnym wzrokiem od czasu do czasu spoglądały ludziom prosto w oczy, załatwiając przy tym potrzeby fizjologiczne w znany na całym świecie sposób, który z wyjątkowością tych zwierząt w Indiach nie ma nic wspólnego. Smród ich odchodów mieszał się ze smogiem spalin, zapachem rozkładających się śmieci, ulicznym kurzem i potem pielgrzymów. Wszystko to potęgowane było przez temperaturę sięgającą w cieniu ponad trzydziestu stopni Celsjusza oraz hałasem trudnym do wytrzymania.
Dochodziła północ. Ludzie układali się do snu. Pod uschniętym krzakiem, obok kontenera na śmieci, we wnęce między budynkami, albo na środku chodnika – przykryci kartonami. Starzy, zmęczeni życiem i chorobami ludzie, niczym martwi, leżeli na ulicach. Tak witało mnie najświętsze miasto Hindusów.
NA DRUGIEJ STRONIE DOWIESZ SIĘ, CO OZNACZA LUKSUS W INDIACH