Męski Świat Rozrywka Ludzie Jarosław Jabłoński: Ja to po prostu lubię

Jarosław Jabłoński: Ja to po prostu lubię

Jarosław Jabłoński: Ja to po prostu lubię
Uroczysta premiera filmu Botoks (dubbing Dyspozytor), fot. Szymon Kos

Z aktorem Jarosławem Jabłońskim znanym m.in. z filmu „Służby Specjalne” i „Pitbull. Niebezpieczne Kobiety” rozmawiam o specyfice zawodu aktora, zarówno filmowego, jak i teatralnego. To pierwsze z cyklu naszych spotkań – podczas kolejnych porozmawiamy o sztuce dubbingowania, a także ulubionych filmach.

Jarosław Jabłoński – aktor teatralny i filmowy. Zagrał w kilkunastu filmach, m.in. „Matka Teresa od kotów”, „Pitbull. Niebezpieczne Kobiety”, „Botoks”, „Małgosia kontra Małgosia” czy „Ryś”. Zajmuje się również dubbingiem.

Joanna Jasikowska: Co to znaczy być aktorem?

Jarosław Jabłoński: To trudne pytanie... Na pewno być aktorem to być otwartym na wrażenia, które daje świat i umieć je następnie przekazać widzowi. Być nieustannie ciekawym. Ważne jest, aby nie zamykać się na bodźce, które niesie życie. Coś, co w danym momencie wydaje się złe albo niepotrzebne, za jakiś czas okazuje się być przydatnym doświadczeniem, a wręcz pozytywnym. Szkoła szkołą, ale życie daje duży bagaż, który pomaga potem przełożyć je na role, szczególnie jeśli mówimy o rolach dramatycznych.

Jakie są Pańskie doświadczenia ze szkołą aktorską? Co Pan tam odkrył, czego nauczył o sobie?

Jestem naturszczykiem, swoją przygodę z aktorstwem rozpocząłem już pod koniec szkoły podstawowej. Inspiracją była moja mama, która w młodości występowała w siedleckim zespole Chodowiacy, odpowiedniku Mazowsza. Z kolei dziadek Stanisław organizował auta do filmów wojennych. Miałem również szczęście trafić pod skrzydła Marii Straszewskiej, dyrektorki Teatru Wrocławskiego. Akurat w Konstancinie, gdzie się wychowywałem, rezydowała w Domu Aktora i miałem przyjemność grać u niej w kilku sztukach, między innymi główną rolę w „Panu Tadeuszu”. Nauka u niej dała mi bardzo dużo. Zaraziła mnie aktorstwem, wiele jej zawdzięczam. Potem nastąpiła wielka przygoda z musicalem „Metro” i wielka przyjaźń z aktorami i twórcami, która w wielu przypadkach trwa do dziś. Znalazłem się w pierwszej ekipie szkoły Buffo, kiedy przejęli ją Józefowicz ze Stokłosą. Wokalu uczył mnie Piotr Lorenc, emisji głosu Elżbieta Zapendowska, a dykcji prof. Kazimierz Gawęda. Posłuchałem, niestety, rodziców i wycofałem się. Odszedłem z aktorstwa, założyłem firmę, a mój powrót nastąpił dopiero w 2004 roku.

Żałuje Pan?

Trochę. Miałem wtedy niespełna 20 lat. Musical „Metro” był wówczas bardzo popularny, odniósł duży sukces i był dla mnie bardzo dobrą szkołą życia i warsztatu.

Mówi Pan o sobie, że jest naturszczykiem...

Tak siebie określam, gdyż najpierw pojawiły się role, a potem szkoła. Poza tym tak się złożyło, że życie mnie nie oszczędzało i doświadczało, w związku z czym mam z czego czerpać.

Czy w ogóle aktorstwa można się nauczyć?

Myślę, że jak się nie ma talentu czy pasji i doświadczenia życiowego, nic dobrego z tego nie będzie. Ja to po prostu lubię!

Annę Magnani i Federico Felliniego łączyła specyficzna więź muzy i mistrza. Magnani, co podkreślał włoski reżyser, miała niezwykły dar wchodzenia w rolę, ona po prostu nią była. Czy Pana zdaniem tego rodzaju technika jest dla aktora bezpieczna?

Jeśli ktoś to lubi i czuje się w tym zawodzie pewnie, to sobie z tym poradzi. To, co robiła Magnani, jest dobrą drogą – najpierw trzeba wejść w rolę, wcale nie czuć, że coś odgrywamy. Nie mam z tym problemu – schodzę z planu i rola po prostu ze mnie wychodzi. Faktycznie w zależności od dramatyzmu, jaki rola w sobie ma, zdarzają się przypadki, że to wyjście z niej trwa kilka godzin. Najlepsza technika to doświadczenie, wyobrażenie sytuacji i wejście w nią.

Chciałbym zapytać o specyfikę grania w filmie. Ono ma chyba inną temperaturę od grania w teatrze?

Mimo że od teatru wszystko się zaczęło, to został on przeze mnie zdradzony na rzecz rodziny. Mieszkając za miastem, uznałem, że rodzina będzie bardzo zaniedbana, jeśli będę jeździł na próby i występy. Teraz, gdy syn podrósł, chcę wrócić do teatru. Uważam, że to właśnie sztuki teatralne dają możliwość wyrażania siebie. Kolejny w tej całej układance jest film. Serial natomiast jest odskocznią zapewniającą stały byt aktorowi, stałe pieniądze. Nie zawsze artystycznie jest to coś dużego, aczkolwiek są też fajne produkcje tego typu. Teraz filmy robi się w dwa miesiące, kiedyś trwało to kilka lat, w związku z tym wymaga to poznania większej ilości tekstu w dużo krótszym czasie. Film był kiedyś mniej ceniony niż teatr, tak jak dzisiaj serial, choć właściwie dysonans zanika.

Jaka jest Pana wymarzona rola?

Trudne pytanie. Kiedyś usłyszałem od któregoś z kolegów, że aktor spełniony to aktor skończony. Coś w tym jest. Ciężko mówić o wymarzonej roli. Cały czas zmieniają się doświadczenia, „niezmienne pozostają tylko marzenia” (cytat z musicalu „Metro”). Wiem, jak je tworzyć, jak je budować, nawet swego czasu miałem styczność z prowadzeniem szkoleń w zakresie motywacji, ale w zakresie roli nie mam jakiś konkretnych planów. Fajnie jest wnieść coś rolą do życia ludzi i w jakiś sposób tym samym pomóc społeczeństwu. Myślę tu o roli otwierającej pewne sposoby patrzenia ludzi na rzeczywistość. W zależności od scenariusza i reżysera, miło byłoby zagrać coś klasycznego w stylu wspomnianego „Pana Tadeusza”.

W jaki sposób przygotowuje się Pan do roli? Potrzebuje Pan azylu, wyciszenia?

Tekst wchodzi mi bardzo łatwo. Poza samym tekstem wystarczy znaleźć w sobie sytuację z życia, która będzie lub jest podobna i po prostu wkleić ją w niego. Natomiast jeśli mam dużą rolę, na kilkanaście stron scenariusza, to mimo że mam łatwość przyswajania, czytam scenariusz 2-3 razy i po prostu odświeżam dane sekwencje przed wejściem na plan. Staram się nie stresować rodziny i otoczenia faktem, że akurat przygotowuję się do roli.

Informacja prasowa

Tagi:

2017-11-25
SKOMENTUJ

  
Podaj czwarty znak kodu 5Sn7g
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Masz szansę rozpocząć ciekawą dyskusję.