Forma Bieganie Porady eksperta Wyścig podziemnymi górami

Wyścig podziemnymi górami. Część 3

Wyścig podziemnymi górami. Część 3
[fot: Ludmiła Samoszyńska]
Zrobiło się ciemno, ba, doskonale ciemno

Nie widziałem choćby zarysu stojącej przede mną osoby, a przecież opierałem się o nią ramieniem; była oddalona ode mnie raptem o całe 30 centymetrów. Opadałem i czułem jak ciemności gromadzą się i gęstnieją. To już nie był mrok, to nie były ciemności, to była czerń, która z każdą chwilą gęstniała. Była wręcz namacalna. Aż nagle zaczęła się rozpraszać. Odczułem w windzie wyraźną ulgę, choć nikt nie rzekł ani jednego słowa, nikt się nawet nie poruszył. Usłyszałem dzwonki, winda zwolniła i się zatrzymała. Spojrzałem na stoper – ponad półtorej minuty. Trzasnął rygiel. Ktoś z obsługi podniósł zasłonę – wychodziłem do chodnika położonego prawie kilometr pod ziemią.Pierwszym odczuciem był chłód i zdziwienie. Miało być ciepło, a drżałem z zimna. Termometr przy szybie wskazywał 14 stopni. Poza tym znajdowałem się w jasno oświetlonym korytarzu szerokim może na 20 metrów i wysokim na 4 lub 5 metrów. Wchodziłem w głąb niego między licznie już zgromadzonych biegaczy, obsługę i kibiców. Po prawej i po lewej stronie otwierały się korytarze równie szerokie i wysokie jak ten, którym szedłem. Wzdłuż ścian stały stoły i ławy, w bocznych salach była jadłodajnia, sala koncertowa, kaplica. Podziemna przestrzeń wyrwana skale oszałamiała, a miejsce, w którym się znalazłem nie było wyjątkowe. 10-cio kilometrowa pętla prowadziła przez podobne temu chodniki. O tym miałem się wkrótce przekonać, lecz na razie podziwiałem „najbliższą okolicę" i przygotowywałem się do biegu, czyli zdjąłem dres, gdyż w głębi było już ciepło. Tak jak podawał organizator - ok. 25 stopni i wilgotności tylko 30%.

Jeszcze to nie przeszkadzało, ale jeszcze nie zacząłem biec

Miłe spotkanie – Basia Szlachetka (dzisiaj już niestety nieżyjąca –nowotwór), w otoczeniu biegaczy „100 Marathon Club", roześmiana i zadowolona. Dzięki niej wymieniam uściski z ludźmi mającymi po kilkaset maratonów „na swoim sumieniu" (np. Christian Hottas), biegającymi w tak różnych miejscach, że ta kopalnia niej jest dla nich już czymś tak wyjątkowym jak dla mnie. Choć niegdyś była. Kolejnym radosnym okrzykom i spotkaniom nie ma końca. Można by tak było siedzieć, śmiać się i opowiadać, gdyby nie czas, który nieubłaganie zmusił wszystkich do udania się w rejon startu.

Najpierw kilka krótkich przemówień, w czasie których robię miejsce św. Mikołajowi z workiem prezentów i słyszę głosy, że nie da rady w tym kubraczku, za ciepło mu będzie, musi go zdjąć. Achtung! Ręka z pistoletem została uniesiona w górę, huknął strzał, biegniemy. Biegniemy całe 3 minuty pod górę, gdy natykamy się na ciężarówkę uniemożliwiającą kontynuowanie wyścigu. To specjalna przeszkoda. Jej zadaniem było zatrzymanie nas w określonym miejscu. Poprzedni start był startem honorowym, ten będzie już tym ostrym, właściwym. Jeszcze raz ręka z pistoletem unosi się w górę, jeszcze raz huczy strzał. Biegniemy. Przed nami ciężarówka oświetlająca i oślepiająca światłami włączonymi na potrzeby telewizyjnych kamer. W pierwszej komorze zjeżdża na bok i już nie przeszkadza.

Biegniemy

By podnieść rangę wyczynu wzorem połowy biegaczy nie biorę czołówki. Może światła nie zawsze są rozmieszczone co 30 – 40 metrów, ale są wystarczające. Jest w miarę równo i przede wszystkim jest szeroko i wysoko. Jest ciepło. Biegnę z przodu grupy i wygodnie mi się tym ciepłym powietrzem oddycha. W zasadzie, to warunki zdają się być komfortowe. Teraz. Jeszcze. Wiem jak bardzo jest to złudne i staram się popijać często z zabranej butelki. Tym bardziej, że suchość w ustach narasta, całe ciało wydziela pot, a podbieg nie chce się skończyć. Wreszcie w dół. Pamiętam o przestrogach, że może być ślisko, ale i na to znajduję radę. Biegnę środkiem lub bokiem korytarza, pod ścianą, w miejscach gdzie nie jeżdżą samochody, gdzie pył i zmielona skała tworzy piaszczystą poduszeczkę zapobiegającą poślizgowi i dodatkowo amortyzującą. Nie tylko ja tak robię. Setki nóg porusza z każdym krokiem osadzony w tych miejscach pył w powietrze. Podczas drugiej rundy będzie się już go czuło. Teraz znowu pod górę. Ociężale truchtam, inni wokół mnie także. Teraz w dół. Puszczam się pełnym biegiem.

Jasno, ciemno, do góry, na dół

Punkt żywieniowy. Dwa kubki wody w siebie, trzeci na głowę i dalej. Do góry, na dół, z jasności w ciemność, zakręt, wyprzedza mnie ciężarówka z kibicami, mijam fotoreportera, do góry i znowu w dół, poprzez jasno-ciemne strefy światłocienia.

Nawet nie wiem kiedy słyszę gromkie brawa. Właśnie zakończyłem pierwszą pętlę. Przy stole z wodą, bananami, batonami energetycznymi robią mi kreskę na numerze – zaliczyłem pierwsze okrążenie. Pozostały jeszcze trzy, a więc w drogę. Biegnę, ale wzniesienie mnie pokonuje, zaczynam iść. Dopiero druga pętla pozwala mi na przyglądnięcie się trasie. Odnoszę wrażenie, że została zmieniona przez organizatora. To przypuszczenie zostanie potwierdzone po biegu. Teraz mogę w niej wyróżnić pierwszy długi podbieg, zbieg, drugi długi podbieg, zbieg, podbieg, bardzo długi delikatny zbieg. Na drugim podbiegu zauważam, a właściwie doświadczam powiewu wiatru. Ciepłego, suchego, wiejącego w twarz. W powietrzu czuje się subtelny pył, a na języku słony posmak. Już nie biegnę. Raz podtruchtuję, raz idę choć już coraz dłuższe odcinki podchodzę. Zauważam, że coraz więcej biegaczy tak robi.

Na pierwszej pętli odcinki pod górę biegliśmy wszyscy, na drugiej - niektórzy, na trzeciej byli twardziele, których stać było na podbiegiwanie, na czwartej już wszyscy szli, bez wyjątku.

Po drugim zbiegu wpadam w strefę ciężkiego powietrza. Jakaś mieszanina pyłu z urobku, soli, zatęchłego powietrza, smarów i... nie mam pojęcia czego jeszcze. Nie przeszkadza mi bardzo, ale po biegu słyszałem głosy tych, którzy w tym miejscu musieli iść, a nawet przystawać, bo ich zatykało. I znowu jasno, ciemno, do góry, na dół. Punkt żywieniowy. Dwa kubki wody w siebie, trzeci na głowę i dalej. Do góry, na dół, z jasności w ciemność, do góry i znowu w dół, poprzez jasno-ciemne strefy światłocienia, aż do długiego zbiegu którym kończę drugie okrążenie. Jeszcze dwa. Jeszcze połowa. Jeszcze raz to samo co już za mną. Wytrzymam? Chyba tak, ale już wiem że będzie ciężko.

Trzecia pętla jest drogą przez mękę. Mimo wszystko podrywam się do heroicznych wysiłków. Ktoś biegnie daleko przede mną, ktoś inny daleko za mną. Przystaję i w ciszy słyszę tylko człapanie z przodu, głuche uderzenia butów z tyłu. Jestem cały mokry. Mam wrażenie, że wypijana woda jest natychmiast wyrzucana przez skórę. Jaki jest sens picia? Dopiero teraz zauważam, że jeden z korytarzy podzielony jest taśmą i z przeciwka, po jej drugiej stronie ktoś nadbiega. Nie jestem w stanie powiedzieć czy mnie goni czy przede mną ucieka. Nie wiem, w którym jest miejscu. Znam tylko kierunek poruszania się. Tylko naprzód. Nie potrafię odtworzyć choćby w przybliżeniu przebiegu trasy. Te wszystkie zakręty i podbiegi nakładają się na siebie, gmatwają i plączą. Na szczęście czuję lekko chłodniejszy powiew, to znak, że zaczyna się bardzo długi zbieg kończący kolejną rundę. Zaczynają się także kłopoty z odwodnieniem.

Kolejny odcinek relacji opublikujemy 26 stycznia

Czytaj w Menstream.pl
Wyścig podziemnymi górami
Przeczytaj relację z maratonu rozgrywanego w Sondershausen w Niemczech w 2003 roku.
Wyścig podziemnymi górami. Część 2
Poczułem, że los przygotował swój własny wariant przygody. Mogłem przyjąć jego warunki, albo wracać. Wybrałem to pierwsze i zaczynałem rozumieć szelmowski uśmiech szczęścia.

Tagi:

sport

bieganie

trening

dariusz sidor

Dariusz Sidor
2012-01-19
SKOMENTUJ

  
Podaj trzeci znak kodu Qpyyd
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Masz szansę rozpocząć ciekawą dyskusję.
Ekspert radzi

Maratończyk, Ironman, Norseman, trener sportów wytrzymałościowych, najprawdopodobniej jedyny w Polsce trener ultra maratończyków.      

Blog autora Zobacz porady
Sprawdź w WP.pl
  • Sport - najnowsze informacje ze świata sportu