Reportaże i wywiady Tomek Michniewicz zabiera ludzi w świat, by pokazać ich w telewizji

Tomek Michniewicz zabiera ludzi w świat, by pokazać ich w telewizji. Ale zarzeka się, że Masajów z dzidą nie wynajmuje

Tomek Michniewicz zabiera ludzi w świat, by pokazać ich w telewizji. Ale zarzeka się, że Masajów z dzidą nie wynajmuje
- Podróże są świetnym bodźcem, żeby pomyśleć, o co nam właściwie w życiu chodzi - przekonuje Tomek Michniewicz. [fot: archiwum prywatne]

- Jesteśmy pierwszym pokoleniem, któremu zrobiło się bardzo wygodnie. Nie walczymy, nie musimy drukować bibuły. Możemy pracować za granicą, możemy w Polsce, możemy w korporacji. Mamy sporo wolności i możliwości. A mimo tego po robocie idziemy do knajpy, pijemy piwo za dwanaście złotych i narzekamy, jak jest fatalnie - taką opinię o współczesnych trzydziestolatkach wyraża Tomek Michniewicz, podróżnik, który odwiedził ponad 50 krajów na świecie. W rozmowie z MenStream.pl opowiada m.in. o tym, czy książki podróżnicze to łatwy biznes i dlaczego Beata Pawlikowska odniosła w tym sukces.

MenStream.pl: Na rozgrzewkę banalne pytanie.

Tomek Michniewicz: Słucham (śmiech).

Skąd wziąłeś pieniądze na pierwszą podróż?

Uciułałem. Zacząłem pracować, mając kilkanaście lat i odkładałem pieniądze. To pozwoliło mi na wycieczki stopem po Europie. W zorganizowaniu pierwszej poważnej podróży do Etiopii pomogli mi rodzice: powiedzieli, że na osiemnastkę mogę sobie wybrać jakiś prezent, więc poprosiłem, żeby dołożyli mi do wyjazdu.

Banalne pytanie, banalna odpowiedź. Spodziewałem się, że jako podróżnik, który wszedł do świata celebrytów, opowiesz mi jakąś wzruszającą historię. Co najmniej na miarę Wojciecha Cejrowskiego, który sprzedał lodówkę, by móc wyjechać.

(Śmiech). Jeśli chcesz, mogę coś na poczekaniu wymyślić. Chociaż jestem temu przeciwny, bo to idiotyzm. Nie ma co kolorować swoich dokonań. Skoro do jakiejś wioski w Tajlandii dojechałem busem, to nie będę wciskał kitu, że dopłynąłem tratwą.

Świat jest mały, wielu ludzi podróżuje i zawsze znajdzie się ktoś, kto na jakimś blogu to wypomni. A pozwalając podważyć jeden element tego, co zrobiłeś, podważasz wszystkie inne.

Tym bardziej, jeśli decydujesz się robić karierę na podróżach.

Nie nazwałbym tego w ten sposób. A przynajmniej nie mówiłbym o dobrym pomyśle na karierę. W Polsce jest teraz około 30 tysięcy osób, które realizują przeróżne projekty podróżnicze. W mediach funkcjonuje cztery, pięć nazwisk. Gdzie tu mowa o karierze? Poza tym najczęściej widać tylko blaski tych podróży, czyli artykuły, zdjęcia, książki. A mało kto zadaje sobie pytanie o ukryte koszty tej pasji, czyli kłótnie z bliskimi, rozwody czy ciągłe życie pod kreską.

Tobie udało się zarobić na książkach podróżniczych?

No tak. Ale przecież w Polsce bardzo mało książek podróżniczych, reportaży, sprzedaje się w nakładach po dwadzieścia, trzydzieści tysięcy egzemplarzy, a dopiero od takiego poziomu sprzedaży możemy mówić o godziwych zyskach. To oczywiście trochę smutne, bo żyjemy w kraju, w którym mieszka czterdzieści milionów ludzi.

Ale z drugiej strony widać przecież nawał książek o podróżach. Mam wrażenie, że teraz każdy chce coś napisać, nawet jeżeli warsztatowo będzie to bardzo słaba publikacja.

To prawda. Ale zwróć uwagę, że znakomita większość tych książek będzie miała sprzedaż na poziomie tysiąca, dwóch tysięcy egzemplarzy. To pamiątka dla bliskich, możliwość podlansowania się, ale na pewno nie sposób na biznes.

Za Tobą stoi jakiś większy marketing?

Mam wsparcie promocyjne ze strony wydawnictwa i tyle. Wydaje mi się, że kluczem do sukcesu w tej - nazwijmy to branży - jest to, żeby nie wyskoczyć znikąd. Liczy się konsekwencja i naprawdę bardzo długie budowanie swojej pozycji.

A po drugie, warsztat. Większość książek, o których rozmawiamy, to blogi przeklejone do worda. Fajnie się to czyta za darmo, ale już niekoniecznie klient chce płacić za suchą relację z podróży i opis tego, że wszedłem do knajpy, zjadłem karalucha i wyszedłem.

Czytujesz książki Beaty Pawlikowskiej?

Czytałem kilka książek. Niech to wystarczy za odpowiedź. Beata Pawlikowska zresztą coraz mniej pisze o podróżach, a więcej o receptach na życie. To nie jest do końca to, czego szukam w literaturze.

Ona jest właśnie takim przykładem sporego sukcesu finansowego, gdy idzie o literaturę podróżniczą.

Prawda. Ale zwróć uwagę, że Beata Pawlikowska ma bardzo ściśle określony target, do którego mówi. To kobiety poszukujące szczęścia, zadowalające się jednozdaniowymi receptami na życie, trochę czytelniczki Paulo Coelho. Ja akurat do nich nie należę.

Zgoda. Ale musisz założyć, że rynek zacznie być może od Ciebie wymagać popadnięcia w pewien banał, albo bycia kontrowersyjnym. Byle by być rozpoznawalnym.

To prawda, ale mi to nie grozi. Program telewizyjny trochę zmienia tę perspektywę, ale popularność mnie nie pociąga, nie skupiam się na tym, żeby ją pompować. Nie muszę być popularny, rozpoznawalność nie ma dla mnie żadnej wartości.

Poza tym kariera podróżnika to przecież nie tylko rozpoznawalność. Można nawet powiedzieć, że książki i telewizja to trochę działalność poboczna. Bo do tego dochodzi prowadzenie grup turystycznych, warsztaty, szkolenia, reklamy. To prawda, że jeżeli masz wizerunek, to łatwiej o pozamedialne zlecenia, na których można zarobić spore pieniądze. Ale to nie jest moja kariera, ja przede wszystkim czuję się dziennikarzem, patrzę na wszystko z tej perspektywy.

Nic dziwnego. Ludzie na forach internetowych piszą przecież, że jesteś synem znanej dziennikarki.

Tak, tak. Wiem o tym, że Beata Michniewicz z radiowej Trójki to moja mama (śmiech). Moment moich narodzin niestety jakoś umknął nam obojgu. Jakbyś nie wiedział, to jestem też synem bardzo zamożnego znanego prawnika oraz trenera klubu z Ekstraklasy. Tylko problem w tym, że oni o tym nie wiedzą. A prawda jest taka, że moi rodzice to bardzo prywatne, zupełnie pozamedialne osoby.

Ta plotka pewnie wzięła się stąd, że pracowałeś w Trójce.

Być może.

Z której odszedłeś w bardzo nieciekawej atmosferze.

Co tu dużo mówić. Za dużo polityki i koterii weszło do pokojów redakcyjnych. Pracowałem tam jako producent. Przyniosłem kiedyś duży projekt i sponsora, który na dzień dobry wykładał sto dwadzieścia tysięcy złotych. Tymczasem przez kilka miesięcy projekt leżał w szufladzie u dyrektora. Sponsor zaczął naciskać, ja nie wiedziałem co powiedzieć i uznałem, że nie będę świecił oczami i tłumaczył się z czegoś, co nie wynikło z mojej winy.

Młody, gniewny dziennikarz rzuca robotę i wyjeżdża w świat?

 

Nie do końca. Mogłem pozwolić sobie na taki krok, bo nie narzekałem na brak propozycji zawodowych. Oczywiście, odbiło się to szerokim echem, bo Trójka to chyba ostatnie medium w Polsce, z którym ludzie się bardzo utożsamiają i z takiego miejsca odchodzi się bardzo trudno. Zamknijmy już ten temat, powiem tyle: to nie było bezbolesne odejście, trochę je odchorowałem, ale później wydarzyło się tyle dobrego w moim życiu, że staram się tego nie rozpamiętywać. Trójkę zawszę będę uważać za fantastyczne miejsce.

Bo doczekałeś się własnego programu podróżniczego w telewizji?

Przecież nie od razu. Cała historia zaczęła się tak, że Lidka Kazen, szefowa stacji TTV, przeczytała moje książki, porozmawiała z ludźmi i w końcu zaproponowała mi wspólny projekt.

Długo myśleliśmy nad formułą programu, aż w końcu stworzyliśmy koncepcję, by zabierać zwykłych ludzi - którzy nie mają doświadczeń podróżniczych - w niespodziewane miejsca, kultury i pokazywać ich reakcje. Tak narodził się Inny Świat.

To telewizja narzuciła taką płytką formułę tego programu?

Dlaczego płytką?

Pokazujecie reality show o tym, że na przykład pan Zbyszek maszeruje z karawaną przez pustynię.

Nie zgodzę się, że to jest płytkie. Niektóre z tych podróży naprawdę zmieniają moim bohaterom życie. Oczywiście wiele też zależy od samego uczestnika. Nasza koncepcja była taka, żeby przed wyjazdem nie mieć już gotowego scenariusza. Tak więc wiemy, w jakie miejsce lecimy, ale nie mamy wcale wynajętego wcześniej Masaja z dzidą czy tygrysa, którego pokażemy w dżungli.


Zbigniew Biały i Tomek Michniewicz na Saharze. [fot. TTV]

Zabieramy bohatera w miejsce, którego się nie spodziewa, żeby pokazać mu, jak różny potrafi być świat. Interesują nas reakcje wynikające z tych zderzeń z inną kulturą. To nie jest płytki program, bo świat, który pokazujemy nie jest płytki. To prawdziwe, niereżyserowane życie w innej rzeczywistości.

Na razie zrealizowaliście dziewięć odcinków. Dużo osób zgłasza się z chęcią wystąpienia w kolejnych?

Nie skłamię, szacując, że tysiące. Cały zespół przegląda maile. Najczęściej jednak znajdujemy prośby o spełnienie marzeń.

Nic dziwnego, że ludzie tak to interpretują.

Ale to błędne wyobrażenie. Uczciwie mówimy im, że polecą w miejsce, które będzie dla nich totalną niespodzianką. Jeśli chcesz obejrzeć spektakl na Broadwayu, to wylądujesz w dżungli. Od samego początku chodziło mi o rozbijanie stereotypów.

Na przykład?

Weźmy wyspę Bali. Turystyczny marketing narzucił wizerunek pięknej wyspy, białego piasku i luksusowych hoteli. Tymczasem nasza bohaterka spędziła czas z balijską rodziną, by poznać ich prawdziwe życie i zwyczaje.

Taka balijska rodzina dostaje od Was pieniądze za występ w programie?

Dostają tyle, ile by zarobili prowadząc podobne usługi turystyczne.

Te kontakty to Twoi znajomi?

W dużej mierze tak. W miejscach, do których zabieramy bohaterów, byłem już wiele razy, więc wykorzystuję swoje kontakty. Inaczej wielu spraw nie bylibyśmy w stanie załatwić. Nie jest przecież łatwo namówić kogoś w Afryce, by na przykład zatrudnił białego przy patroszeniu ryb.

Czy w przypadku któregoś z bohaterów nie miałeś poczucia, że trochę przegiąłeś z trudnością zadania i rzeczywistości, z którą musiał się zmierzyć?

Zbyszek przeszedł z karawaną przez pustynię około czterdzieści kilometrów. Gdy go zobaczyłem pod koniec, myślałem, że zemdleje z wycieńczenia. Jednak, choć nie był przygotowany kondycyjnie, dał radę. Najgorsze dla niego było to, że pracował tam z ludźmi, z którymi nie miał wspólnego języka. To był ogromny stres, tym bardziej dlatego, że był tam sam.

Jak to sam? A Ty i operatorzy?

W całej ekipie poza mną i bohaterem są jeszcze cztery osoby. Przez pierwsze dni Zbyszek uczył się tego, jak zachowywać się na pustyni, takiego ABC Podróżnika. Ale w samym dniu zadaniowym został sam. Kamerę wysyłaliśmy tylko na miejsca postojów, bo śledziliśmy karawanę za pomocą GPS. Tak więc nie szedłem obok, mówiąc Zbyszek, świetnie ci idzie.

Co decyduje o wyborze bohatera do tego programu?

Zaczyna się od samej koncepcji odcinka. Na przykład: wiem, że chcę kogoś zabrać do dżungli. Nie wezmę tam przecież komandosa, bo dla niego to żadna nowość. Nie wezmę też młodego, silnego chłopaka z Tatr, bo ten szybko się przestawi na nowe tryby i nie będzie to dla niego przeżycie. Zabiorę za to dziewczynę, która do tej pory bała się własnego cienia. Bo wiem, że z tej przygody wyjdzie silniejsza.

Ale to nie zawsze musi być coś bardzo wymagającego fizycznie. Chciałbym wziąć rasistę do Singapuru, by już nigdy nie użył słowa żółtek. Albo ratownika medycznego do Afganistanu. To świetni, otwarci ludzie, którzy wykonują ciężką pracę, chcą mieć wyzwania, a dostają psie pieniądze. Albo wziąłbym sześćdziesięcioletnią gospodynię domową z małego miasteczka na nurkowanie z rekinami. Mówię zupełnie serio.

Na drugiej stronie przeczytasz, co Tomek Michniewicz myśli o współczesnych trzydziestolatkach i dlaczego jeszcze nie pojechał do Tybetu.

Łukasz Pałka
2014-05-05

SKOMENTUJ

  
Podaj trzeci znak kodu 1ia6l
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Masz szansę rozpocząć ciekawą dyskusję.