Reportaże i wywiady Mówią na niego Świstak, bo łapie zadyszkę na podjazdach

Mówią na niego Świstak, bo łapie zadyszkę na podjazdach. Piotr Pogon nie ma płuca, ale biega w maratonach

Mówią na niego Świstak, bo łapie zadyszkę na podjazdach. Piotr Pogon nie ma płuca, ale biega w maratonach
[fot: arch.pryw./Piotr Pogon]

- Myślisz, że damy radę pokonać na rowerach trzysta kilometrów w jeden dzień - pytam bez większego przekonania, że to możliwe. - Nie spróbujesz, to nie sprawdzisz. Tylko na drugi dzień będziemy chodzić jak John Wayne. Ubierz spodnie z mocną wkładką. I pamiętaj, żeby ogolić nogi - odpowiada ze śmiechem Piotr Pogon, pierwszy na świecie człowiek z jednym płucem, który zdobył Aconcaguę i Elbrus. Biega też w maratonach.

- Że co? - dopytuję, zastanawiając się czy bardziej dziwi mnie to, co właśnie usłyszałem, czy to, że mówi to do mnie czterdziestokilkuletni, drobny facet, który oddycha za pomocą tylko jednego płuca. Jeszcze kilka lat temu lekarze nie dawali mu większych szans na pokonanie choroby nowotworowej. A co więcej, już na pierwszy rzut oka, golenie nóg jest jedną z ostatnich rzeczy, o które bym go posądził.

- Z szacunku dla masażysty, który potem będzie cię musiał doprowadzić do porządku. Oni nie lubią masować włochatych yeti. Ja też nie - tłumaczy, nie zachowując przy tym nawet grama powagi.

Moje zaskoczenie go wcale nie dziwi. Sam całkiem niedawno musiał ogolić nogi, by organizatorzy pozwolili mu wystartować w triathlonie Iron Man Kalmar Sweden. W sierpniu przepłynął prawie cztery, przebiegł czterdzieści dwa i przejechał na rowerze sto osiemdziesiąt kilometrów. Wszystko w czasie 12 godzin 15 minut 58 sekund. Jako pierwszy na świecie człowiek z jednym płucem.

- Problem w tym, że przed wyścigiem tak sobie nogi maszynką pozacinałem, że o mało co bym w ogóle nie wystartował. Krew się lała jak u kibiców Cracovii - wspomina. Potem na 38. kilometrze biegu dopadła go biegunka, z gatunku tych, co nie znoszą polecenia: za moment. Na szczęście, po drodze była toaleta, a jeden z biegaczy zlitował się i pomógł mu szybko rozpiąć suwak w kombinezonie. - Wyobrażasz sobie? Tyle miesięcy przygotowań mogło legnąć w gruzach przez golenie nóg i biegunkę - łapie się za głowę Pogon.

Śmieje się też, wspominając spotkanie z prawdziwymi kolarzami, lanserami, którzy nie za bardzo chcieli z nim rozmawiać, bo miał nieogolone nogi. A to przecież takie nieprofesjonalne.

Tym razem ruszył na Zwrotnik Raka

Plan mamy dość ambitny. Cel maksimum to pokonanie na rowerach trasy z Warszawy do Krakowa w możliwie najkrótszym czasie. W ten sposób dołączam do pierwszego etapu rozpoczętej właśnie sztafety rowerowej na Zwrotnik Raka, organizowanej pod patronatem Fundacji Rak'n'Roll. Znana z niekiedy kontrowersyjnych kampanii na temat chorób nowotworowych organizacja chce po raz kolejny pokazać, że ze słabościami i chorobami, takimi jak rak, trzeba walczyć i za nic nie można się poddać.

Kto nie wypina, tego wina
Jak mówi obecny prezes fundacji Rak'n'Roll Jacek Maciejewski, powstała ona po to, by w mówić o raku w inny sposób i przekonywać ludzi, że ta choroba to nie wyrok. W swoich kampaniach fundacja namawia do profilaktycznych badań. Ostatnia jest skierowana do mężczyzn znajdujących się w grupie ryzyka zachorowań na raka prostaty. Promuje ją hasłami Gadaj, badaj; Kto nie wypina, tego wina; Rozmawiasz z kumplami o dupach? Dostępny w internecie film promocyjny wyreżyserował Wojciech Smarzowski.

Do przejechania na rowerach jest w sumie około pięć tysięcy kilometrów przez Polskę, Czechy, Austrię, Włochy, Francję, Hiszpanię, Maroko i Saharę Zachodnią, podzielonych na kilkusetkilometrowe etapy. Organizatorzy chcą, by w każdym z nich wzięła udział przynajmniej jedna osoba, która pokonała bądź zmaga się z chorobą nowotworową. Koniec sztafety jest planowany na pierwszą połowę grudnia.

- W tym wszystkim chodzi o pewną symbolikę. Oczywiście, nie każdy będzie w stanie pojechać. Ale dzięki takiej akcji o walce z rakiem będzie głośno. Być może część osób znów uwierzy w swoje siły. A ci, którzy do tej pory nie zawracali sobie głowy chorobami nowotworowymi, pójdą się przebadać - tłumaczy Agnieszka Grudowska, pomysłodawczyni akcji i zapalona cyklistka, która na swoim koncie ma już rowerowe podróże po Afryce i Azji.

- A ty Łukasz, po co się na to piszesz? Przecież nie chodzi ci o ten artykuł, bo moglibyśmy się spotkać, pogadać i miałbyś temat z głowy - rozszyfrowuje mnie Piotr Pogon, gdy kilka dni wcześniej spotykamy się w krakowskiej knajpce. Niepozorny, z pewnością nie typ herosa. Tryska za to energią.

- Chcę zobaczyć, na którym kilometrze wymięknę. Poza tym jeszcze nigdy nie jeździłem w towarzystwie człowieka z jednym płucem, i do tego z ogolonymi nogami - śmieję się.

- Coś chcesz za sobą zostawić - zgaduje z uśmiechem Pogon i wcale się na mnie nie obraża. Od ponad dwudziestu lat jest pacjentem krakowskiego instytutu onkologii. Pokonał dwie choroby nowotworowe, przyjął sporo naświetlań. Nie słyszy na prawe ucho, żartuje, że lewe powoli też mu już wygasa. I jak mówi, przestał się przejmować pierdołami. - Gdyby kilkanaście lat temu ktoś powiedział mi, że będę biegał maratony, zrobię triathlon i będę wspinał się na najwyższe góry świata, to bym pomyślał, że jest nienormalny - przyznaje.

Czasami brakuje mu powietrza

Godzina czwarta nad ranem w ostatnią noc z piątku na sobotę. Termometry pokazują niewiele ponad zero stopni Celsjusza, siąpi deszcz ze śniegiem. Zaopatrzeni w ciepłe czapki, rękawiczki, kamizelki odblaskowe, czekolady i izotoniki wyruszamy z Warszawy. Po drodze dołącza do nas Radek Tusiński, wielokrotny uczestnik maratonów MTB, którego dość szybko ochrzcimy ksywką bike cyborg. Chcemy jak najszybciej przedostać się krajową siódemką do Grójca, by potem odbić na mniej ruchliwą drogę, w stronę miejscowości Końskie.

Pierwsze sto kilometrów, przez większość czasu w ciemności, pokonujemy w niespełna cztery godziny. Nastroje dopisują, a Piotr ma jeszcze siłę, by o wschodzie słońca podśpiewywać Kiedy ranne wstają zorze. Wychodzi mu to dość kiepsko, a my szybko uczymy się, że należy jechać po jego lewej stronie. Wtedy nie trzeba krzyczeć podczas rozmowy.

W zależności od stopnia zmęczenia i nastroju włączają się nam różne tematy konwersacji. Od żartów, przez głupie żarty, po filozoficzne rozmowy o sensie rowerowej podróży w deszczu. Ani słowa o raku, chorobach. Zero narzekania, bo po co. W końcu każdy z nas znalazł się tu i teraz z własnej woli.

Piotr przyznaje tylko, że na ostrzejszych podjazdach musi się wydyszeć i wykaszleć, bo brakuje mu powietrza. Nie bez przyczyny znajomi nazywają go Świstak. Szczęście nam sprzyja, bo momentami odkrywamy nawet, że w Polsce drogi rzeczywiście się buduje. Na dowód robimy zdjęcia. Co jakiś czas robimy też krótkie postoje, żeby wyrównać oddech. Ale niezbyt długie, by nie zmarznąć.

- Gdzie jedziecie? - dopytuje ciekawski kierowca, gdy o świcie zatrzymujemy się, bym mógł zjeść energetyczny żel, który oszuka zmęczone uda przez kolejnych kilkadziesiąt kilometrów.

- Do Krakowa - odpowiadamy.

- O k... - słyszymy, widząc tylko szybko zasuwającą się szybę, zupełnie jakby zobaczył duchy, tyle że w kaskach i żółtych okularach.

Biega i przy okazji zbiera pieniądze na dzieciPiotr Pogon w ramach sztafety na Zwrotnik Raka chce jeszcze pojechać w etapie afrykańskim, bo - jak przyznaje - na rowerze w tak wysokich temperaturach jeszcze nie jeździł. Ale po Afryce już za to biegał. Kilka lat temu wziął udział Lewa Safaricom Marathon, prowadzącym przez afrykańską sawannę. Zajął w nim 51. miejsce na tysiąc uczestników.

- Zaczynasz biec o świcie w temperaturze czterech stopni Celsjusza, a kończysz już przy czterdziestu - opowiada. - Najgorsze w tym biegu jest jednak to, że musisz w pośpiechu załatwiać potrzeby fizjologiczne, bo nigdy nie wiadomo, co z krzaków wyskoczy - śmieje się.


arch.pryw./Piotr Pogon
I wspomina, że na trasie biegu co kilkaset metrów stali strażnicy, by chronić biegaczy przed ewentualnym spotkaniem z nosorożcem czy lwem. - Szczęka mi opadła, jak zobaczyłem swój wynik. Nie mówiłem organizatorom, że nie mam płuca. Nie do końca wiedziałem, czy wtedy pozwoliliby mi pobiec - wspomina.

Maratonowi towarzyszył też dodatkowy cel. Pogon zabrał ze sobą kilka zamożnych osób, które w zamian przekazały w sumie ponad sześć tysięcy dolarów na prowadzony przez kenijskich franciszkanów sierociniec. Z kolei podczas ostatniego maratonu w Berlinie sponsor płacił mu 250 złotych za każdy przebiegnięty kilometr, a pieniądze poszły na podopiecznych szczecińskiej fundacji Mam dom.

To nie koniec jego afrykańskich doświadczeń. W 2010 roku wszedł na liczącą 5199 m n.p.m. Mt. Kenya, drugi najwyższy szczyt Afryki. A dwa lata wcześniej wziął udział w głośnym projekcie Każdy ma swoje Kilimandżaro, zorganizowanym przez fundację Mimo wszystko Anny Dymnej. Wówczas górę zdobyło pięcioro niepełnosprawnych. Wśród nich niewidomy nauczyciel informatyki i pieśniarz, Łukasz Żelechowski, późniejszy partner wypraw górskich Piotra Pogona.

Przed nimi Korona Ziemi?

Wyjątkowy tandem. Jeden niewidomy, drugi bez płuca i prawie głuchy. Ale za to obaj z ogromną wolą walki. Wspólnie pozyskali sponsorów i weszli już na Elbrus (5642 m n.p.m.), a w ubiegłym roku na najwyższy szczyt obu Ameryk, Aconcaguę (6962 m n.p.m.). Wspięli się tam z podróżnikiem i znawcą Patagonii Arkadiuszem Mytko oraz ratownikiem GOPR Bogdanem Bednarzem. Ten ostatni musiał zrezygnować z ataku na sam szczyt z powodu choroby wysokościowej.


arch.pryw./Piotr Pogon
Obaj z ogromnym dystansem do swoich ułomności. Po zdobyciu szczytu Pogon często wmawia Żelechowskiemu, żeby się tak nie cieszył, bo tak naprawdę to właśnie weszli na hałdę węgla w Mysłowicach. A ten zwykł odpowiadać, że w zasadzie to bez różnicy, bo i tak nic nie widzi. A najbardziej cieszy go to, że po drodze nie widzi przeszkód. Ma ksywkę Jurand, i po górach porusza się w chuście zasłaniającej całą twarz.

- Gdybyś widział miny mijanych pod drodze ludzi, jak widzą kolesia, który z zasłoniętymi oczami zasuwa pod górę. Pewnie myślą, że to jakieś żarty - opowiada Pogon.

Za swoje ubiegłoroczne osiągnięcie dostali prestiżową nagrodę National Geographic Traveller w kategorii Wyczyn Roku. O wyprawie powstała też książka O dwóch takich. Teraz Andy.

- Marzę o tym, żebyśmy wspólnie zdobyli Koronę Ziemi - przyznaje Pogon.

Wypracowali własny system poruszania się po górach. Idą połączeni liną. Piotr ocenia odległość do przeszkody i informuje o tym Łukasza. - Robi to bardzo precyzyjnie. Mam do niego totalne zaufanie - mówi Łukasz Żelechowski. Wspomina, że bardzo trudna była wyprawa na Elbrus. Ze względu na fatalną pogodę, szczyt udało się zdobyć dopiero za drugim podejściem.

Niewidomy pieśniarz w najtrudniejszych momentach odwdzięcza się góralskimi przyśpiewkami, by dodać towarzyszom otuchy. Ze swoimi pieśniami i bandurą zawędrował nawet ostatnio do telewizyjnego programu Mam talent. Przed występem z rozbrajającą szczerością powiedział przed jury i publicznością, że lubi chodzić po górach, zdobył Aconcaguę, a w zasadzie najważniejsze w życiu to mieć cel, dawać innym nadzieję i być blisko natury.

Niektórzy i tak walczą o wyższe stawki

Pogon też doskonale wie, że żyje się po to, by dawać innym nadzieję. Przyznaje, że zrozumiał to, gdy Bóg już kilkakrotnie podarował mu życie. Bo, gdy słyszy się od lekarza słowo rak, to każda sekunda zaczyna biec już inaczej. Nie traci więc czasu na zadawanie sobie pytań typu dlaczego. Na przykład, dlaczego stracił płuco, chociaż nigdy nie palił papierosów. Bo na takie pytania odpowiedzi nie ma. Kiedyś miał 98 kilogramów, duże pieniądze, żonę, własną firmę, dwa płuca. Potem w jednej chwili wszystko się rozsypało. Do tego stopnia, że na jakiś czas wylądował nawet w krakowskim schronisku Brata Alberta. - Wyciągnęła mnie stamtąd Anna Dymna. Po mieście poszła fama, że w garkuchni mają takiego Carringtona. No i zacząłem pracować dla jej fundacji - wspomina.

Dzisiaj żyje dość skromnie. Odnalazł się we współpracy z różnymi fundacjami, dorabia, gdy np. jakaś firma zaprosi go, by poprowadził spotkanie motywacyjne dla pracowników, szuka sponsorów nowych przedsięwzięć. - Cóż, każdemu wszystko w jednej chwili może się wywrócić do góry nogami. Każdy może zachorować, stracić pieniądze. Potem trzeba się jakoś odnaleźć, chociaż jest strasznie ciężko - przyznaje, dodając, że najpierw miał depresję, a potem wziął dupę w troki i przestał stękać.

Zobacz, ile osób cierpi na raka
Dzisiaj w Polsce żyje około 500 tysięcy osób z chorobą nowotworową. Według statystyk mężczyźni najczęściej chorują na raka płuc, jelita grubego oraz prostaty. Kobiety najczęściej chorują na raka piersi, jelita grubego, płuc oraz szyjki macicy. Problemem cały czas pozostaje wykrywalność tych chorób we wczesnym stadium, które daje większe szanse na wyleczenie. W Polsce rak w pierwszym stadium jest wykrywany w 20 procentach przypadków. W krajach Europy Zachodniej nawet w 80 procentach.

Gdy po tym, jak lekarze wycięli mu płuco, po raz pierwszy wsiadł na rower, przejechał zaledwie 20 kilometrów. Potem padł i spał przez ponad dobę. Dzisiaj zmaga się w maratonach, triathlonach i wchodzi na najwyższe szczyty. Po co? No właśnie po to, by dać nadzieję innym. Tym, którzy walczą o znacznie wyższą stawkę.

- Nie zapomnę listu od jednego niepełnosprawnego chłopaka. Napisał mi kiedyś, że jest wdzięczny za to, co robię, bo może dzięki temu kiedyś będzie w stanie samodzielnie dojść do łazienki - opowiada Pogon.

Doszliśmy do granic wytrzymałości

Kolejne kilometry upływają nam już pod znakiem większego zmęczenia. Sięgając granicy dwustu kilometrów zastanawiam się już tylko, w jaki sposób w ogóle zsiądę z roweru. O totalnym zmęczeniu świadczy to, że już bez skrępowania zaczynam smarkać w rękawiczkę rowerową. Jednak gdy granica 200 kilometrów pęka, mózg automatycznie odłącza mi prąd w nogach. Nie pomaga ani gorąca kawa ani hot dog w przydrożnym barze. Po dziewięciu godzinach ciągłego, szybkiego pedałowania następuje dla mnie koniec jazdy. Piotr i Radek też nie wyglądają rześko.

- Chyba jestem trochę typem masochisty. Im bardziej boli, tym bardziej wiem, że żyję - zastanawia się Pogon, popijając kawę.

Do Krakowa jeszcze kawałek. Na szczęście deszcz przestał padać. Decyduję się na dłuższy odpoczynek, odłączenie i spokojny zjazd z trasy. Moi towarzysze jadą dalej. Po drodze łapią jeszcze gumę, ale w końcu wieczorem dojeżdżają do Krakowa. Tym sposobem pierwszy, bardzo szalony etap sztafety Rak'n'Rolling możemy uznać za zaliczony.


fot. Konrad Pędziwiatr
- I jak? Chodzisz jak John Wayne? - Piotr Pogon dzwoni do mnie rano, by zapytać, czy żyję.

Żyję, żyję. Ale prawie w ogóle nie chodzę. Co prawda zakwasów ani śladu, ale nie mogę zginać nóg w kolanach. Nie dojechałem do Krakowa, ale i tak rozpiera mnie euforia, że przekroczyłem swoje dotychczasowe granice. I to z nieogolonymi jednak nogami. Kto wie, może gdybym ogolił, to bym dojechał.

Pogon opowiada z kolei, że nałykał się zimnego powietrza i ma 38,5 stopnia gorączki. - Umieram - żartuje. Tylko który to już raz. Dokładnie opisuje inne fizjologiczne szczegóły i pyta, czy mam podobnie. Prosi jednak, by o nich nie pisać. I nawet zmęczony bike cyborg przyznaje, że w życiu tyle czasu na rowerowych maratonach w siodełku nie spędził. - Widzisz. I teraz każdemu możesz powiedzieć "Co ty wiesz o pedałowaniu, synku". Kompletni z nas wariaci. Ale będziemy to przy piwie wspominać do końca życia - śmieje się człowiek bez płuca i od razu umawiamy się na powtórkę, gdy będzie cieplej. Bo przecież o takie wspomnienia w życiu chodzi.

Odwiedź fanpage autora na Facebooku i przeczytaj jego reportaże

Czytaj w Menstream.pl
Nasze śledztwo w sprawie tajnej fabryki broni
Miała być tajna, dobrze zamaskowana i wytwarzać rakiety V1 i V2, a może nawet V3. Do dzisiaj tego nie potwierdzono.
Takich facetów już nie ma
Dla nich dobre maniery są jak powietrze, a dla kobiet czymś bardzo pożądanym. Kim są współcześni dżentelmeni?
Co mówi o tobie twoje pismo?
Analizując czyjeś zapiski grafolodzy są w stanie nie tylko określić jego cechy charakteru, ale też płeć, choroby i... potrzeby seksualne.
Łukasz Pałka
2012-10-16
SKOMENTUJ

  
Podaj pierwszy znak kodu 2kcMa
KOMENTARZE