Reportaże i wywiady Latający cyrk powstał przypadkiem

Latający cyrk powstał przypadkiem. Pewien pilot chciał załatać skrzydło podczas lotu. Kim są dziś podniebni kaskaderzy?

Latający cyrk powstał przypadkiem. Pewien pilot chciał załatać skrzydło podczas lotu. Kim są dziś podniebni kaskaderzy?
Brytyjski latający cyrk Breitling Wingwalkers w akcji. [fot: Katsuhito Tokunaga]

Dziewczyna w czarnym, przylegającym kombinezonie stoi na skrzydle pomarańczowo-białego dwupłatowca. Pęd powietrza rozwiewa jej włosy - samolot leci z prędkością 240 km/h, silnik ryczy niczym w pikującym bombowcu. A ona podnosi nogę jak do kankana i wygina ciało w akrobatycznych figurach, robi szpagat. Szaleństwo? Nie, to po prostu latający cyrk.

Śmiałkowie obojga płci, którzy latają poza kabiną samolotu, to zjawisko prawie tak samo stare, jak historia współczesnego lotnictwa. Niespełna 10 lat po tym, jak bracia Wright po raz pierwszy wzbili się ponad ziemię w pierwszym samolocie napędzanym silnikiem spalinowym, Amerykanin - pułkownik Samuel Franklin Cody, wyszedł na skrzydło samolotu podczas próbnego lotu w Wielkiej Brytanii w 1911 r. Amerykanin chciał udowodnić, że budowane przez niego dwupłatowce są nad wyraz stabilne, nawet, gdy pasażer znajduje się ponad 3 metry od środka ciężkości aeroplanu. Sztuki chodzenia po skrzydle nie zdołał rozwinąć, bo zginął dwa lata później podczas oblatywania swojej kolejnej konstrukcji. Do tego czasu zdołał jednak udoskonalić budowane przez siebie samoloty na tyle, że ustanowił kilka brytyjskich rekordów długości przelotu.

Za inicjatora kaskaderskich pokazów w chodzeniu po skrzydłach samolotów uznaje się natomiast innego Amerykanina - Ormera Lockleara. Podobno wyszedł na dolne skrzydło samolotu podczas lotu treningowego, żeby naprawić mechaniczną usterkę. Tak głosi legenda, ale faktem jest, że w listopadzie 1918 roku nieznający strachu pilot zadziwił tłumy w Teksasie, wychodząc z kabiny lecącego samolotu. Każdy inny pilot próbowałby wtedy wylądować i na ziemi dokonać naprawy.

To co zrobił Locklear, było przełomem w dziejach akrobatycznych pokazów lotniczych organizowanych przez pilotów, którzy w ten sposób zarabiali na życie.

Nie potrafili siedzieć za biurkiem

Historia cyrków lotniczych zaczęła się na dobre po zakończeniu I wojny światowej. Podczas działań wojennych lotnictwo przeżyło niespotykany rozkwit, samoloty cały czas udoskonalano i rozwijano pod względem technicznym. O ile na początku aeroplany wykorzystywano przede wszystkim do lotów rozpoznawczych, to z czasem maszyny były używane do akcji typowo bojowych - do bombardowań i walk myśliwskich. - Wtedy też opracowano pierwsze zasady prowadzenia walki powietrznej. Samoloty stały się śmiercionośną bronią, a czasy, gdy pilot wyrzucał ręcznie granat na pozycje wroga należały już do przeszłości - mówi Piotr Kałuża, współorganizator I Dolnośląskiego Festiwalu Tajemnic. Pod koniec wojny samoloty uzbrojone były w karabiny maszynowe a ich bomby podwieszone pod skrzydłami na specjalnych wyrzutnikach tak, jak w późniejszych konstrukcjach.

Pierwsze pokazy lotnicze organizowano już w czasie I wojny światowej. - Miały zachęcić społeczeństwo do kupowania obligacji wojennych albo przekazywania pieniędzy na zbiórkach publicznych, z których potem finansowano zakup sprzętu. Akrobacje pilotów miały pokazać ludziom, jakie możliwości mają samoloty - mówi Piotr Kałuża.

Zobacz walkę myśliwców z I wojny światowej

W niedzielę 18 sierpnia w pobliżu zamku Książ będzie można w ramach I Dolnośląskiego Festiwalu Tajemnic podziwiać w akcji dwie repliki samolotów z czasów I wojny światowej. Będą to Fokker E III - model, który był na wyposażeniu lotnictwa Cesarstwa Niemieckiego, ciekawa konstrukcja z początkowej fazy wojny (bardzo prosta z jednym płatem) oraz brytyjski Sopwith Camel F I w barwach RAF-u.


Replika Fokkera E III Fot. Kindernay's Flying Circus
Oba samoloty to maszyny należące do czeskiej grupy Kindernay's Flying Circus, która specjalizuje się w pokazach lotniczych z czasów I wojny światowej. Jej właścicielem jest czeski biznesmen Martin Kindernay, wielki pasjonat lotnictwa.

Fokker zostanie przywieziony drogą lądową i będzie składany na miejscu. Ekipa montująca samolot będzie ubrana w stroje z epoki, tak więc już samo przygotowanie maszyny do startu może być interesującym widowiskiem. Natomiast drugi samolot przyleci do Polski w sobotę 17 sierpnia. Samoloty będą startować z lotniska sportowego Świebodzicach. Najpierw wykonają kilka lotów nad Wałbrzychem, a potem w niedzielę około południa zacznie się właściwy pokaz. Samoloty wystartują ze Świebodzic i przelecą w rejon zamku Książ, gdzie nad zalesioną kotliną między Zamkiem Książ a starym Książem będą toczyć symulację walki powietrznej. Miejsce to będzie dobrze widoczne z dziedzińca pałacu.

Po zakończeniu wojny okazało się, że mnóstwo pilotów nagle zostało bez zajęcia. Armie nie potrzebowały aż tylu lotników, więc odważni młodzi ludzie musieli sobie poszukać innego zajęcia. - Wielu z nich nie miało żadnego fachu w ręku, więc próbowali wykorzystać umiejętności zdobyte podczas wojny. Część z nich trafiła do linii pocztowych. To w zasadzie początki lotnictwa cywilnego. Szczególnie dobrze rozwinęło się ono w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Ameryce Południowej, gdzie - ze względu na brak sieci dróg i znaczne odległości - transport poczty samolotem rozwijał się bardzo prężnie - opowiada Piotr Kałuża.

Byli i tacy, którzy zasmakowali w lataniu tak bardzo, że nie wyobrażali już sobie spędzania reszty życia w pracy za biurkiem. A ponieważ w pierwszych latach po wojnie wiele maszyn można było dostać od wojska dosłownie za bezcen, bo dla potrzeb militarnych były już zbyt przestarzałe, kupowali samoloty i próbowali szczęścia popisując się przed publicznością.

Wystarczy wspomnieć, że szkolne maszyny Curtiss JN-4s (nazywane popularnie Jenny), których w USA wyprodukowano blisko 7 tys. na potrzeby szkolenia wojskowych pilotów, były sprzedawane nawet za 200 dolarów. Był to dosłownie ułamek wartości samolotu, który rząd kupował po 5 tys. dolarów za egzemplarz.

Piloci potrafili wyczyniać na nich cuda i w Stanach za parę dolarów, a w Anglii za kilka szylingów, zabierali chętnych na wycieczki. Ten rodzaj rozrywki, który rozpowszechnił się szczególnie na amerykańskiej prowincji, nazywano barnstormingiem. Nazwa ta wzięła się od sposobu, w jaki lotnicy organizowali pokazy.

Zaczynali od tego, że lądowali na ziemi jakiegoś farmera i dogadywali się z nim, co do wykorzystania jego pola jako pasa startowego (Po angielsku barn to stodoła, a storm - szturm. Barnstorming dosłownie oznacza więc szturmowanie stodoły). Gdy interes był już ubity, samoloty startowały i nad miasteczkiem zrzucały ulotki zachęcające mieszkańców do powietrznych wycieczek za niewielka opłatą i oglądania podniebnych ewolucji. To zazwyczaj wystarczyło, by spragniona atrakcji i mocniejszych doznań gawiedź pędem gnała za samolotami. Do stałego repertuaru wchodziły wszelakie powietrzne akrobacje samolotowe: beczki, pętle, nurkowanie, lot na plecach. Z czasem konkurencja między pilotami oblatującymi miasteczka stała się na tyle duża, że łączyli się grupy i prześcigali w coraz bardziej niebezpiecznych i zapierających dech w piersiach ewolucjach. Tak narodziły się latające cyrki.

Tak się rodził wingwalking

Wkrótce jednak i to nie wystarczyło, by prześcignąć konkurencję. Lotnicy porywali się na coraz bardziej niebezpieczne ewolucje. Właśnie wtedy spacer wspomnianego już Ormer Lockleara wywołał niemałe poruszenie i spowodował przełom, a on sam zaczął błyskawiczną karierę.

Po wojnie Locklear, który nadal służył w wojsku, dostał zadanie rekrutację ludzi. Gdy zobaczył jeden z pokazów barnstormingu, szybko doszedł do wniosku, że jego doświadczenia i umiejętności mogą być daleko bardziej poruszające. Zrzucił mundur i wraz z dwoma kolegami z wojska przystąpił do jednego latających cyrków. Nie minęło jednak wiele czasu i trójka założyła własna grupę, która szybko zasłynęła jak Stany długie i szerokie. Popisowym numerem Lockleara było przebieganie po skrzydle z jednego samolotu do drugiego. Tę ryzykowna sztuczkę wykonywał z partnerem, który pilotował drugi samolot. W pewnym momencie dwupłatowce zbliżały się do siebie tak blisko, że niemal stykały się skrzydłami. Wtedy piloci blokowali stery i wyskakując z kokpitów szybko przebiegali po skrzydłach zamieniając się miejscami.


Ormer Locker
Fot. National Air and Space Museum/public domain
To otworzyło przed odważnym pilotem drzwi do kariery w przemyśle filmowym. Wraz z jednym z kompanów zaczął występować w filmach jako lotniczy kaskader. Niestety, nie dane mu było długo nacieszyć się sławą i hollywoodzkim splendorem. W 1920 r. podczas kręcenia zdjęć do filmu The Skywayman pilot rozbił się i zginął, gdy kręcono scenę z nurkującym nad dźwigami samolotem. W filmie pokazano tę tragiczną katastrofę i jej skutki.

Nie odstraszyło to jednak wcale licznych naśladowców, którzy starali się coraz bardziej uatrakcyjnić popisy latających cyrków. Od czasów Lockleara, wingwalking stał się obowiązkowym punktem programu, a kaskaderzy wymyślali najdziwniejsze sztuczki. Przechodzenie z samolotu do samolotu szybko spowszedniało, więc śmiałkowie grali w tenisa na skrzydle, tańczyli, stawali na rękach, zwisali na linie trzymanej w zębach.

Pierwsza połowa lat 20 XX wieku była czasem, gdy działo wiele grup popisujących się brawurowymi ewolucjami samolotów. Im bardziej ryzykowne i niebezpieczne sztuczki i numery dany cyrk miał w repertuarze, tym większe zdobywał uznanie publiczności. Doszło wkrótce do tego, że popisy latających śmiałków stały się tak niebezpieczne, że dochodziło do katastrof iw wypadków, bo piloci wymyślali coraz to bardziej szalone numery, by zarobić. W tych latach epizod w latającym cyrku zaliczył słynny amerykański lotnik Charles Lindbergh. W historii zapisał się jako pierwszy człowiek, który samotnie przeleciał z Ameryki Północnej do Europy bez międzylądowań.

Lindbergh, który bez powodzenia próbował studiów na różnych kierunkach, zrobił kurs mechanika samolotowego i nauczył się latać. Przez rok pracował jako kaskader w latającym cyrku. Był dobrze znany ze sztuczek polegających na skakaniu ze spadochronem. Kaskaderzy otwierali je w ostatniej chwili... Lindbergh robił to jednak nie z zamiłowania do silnych emocji, lecz by móc jak najwięcej latać. Gdy odłożył trochę pieniędzy, kupił w 1923 r. za 500 dolarów Jenny z demobilu i zaczął występy na własną rękę. Tak działał przez rok, ale porzucił w końcu to zajęcie, by wstąpić do szkoły kadetów lotnictwa.

Trzeba pamiętać, że wingwalkerzy przechadzający się po skrzydłach aeroplanów nie byli w żaden sposób zabezpieczeni, nie zakładali spadochronów, nie mieli żadnych uprzęży chroniących przez upadkiem ani lin asekuracyjnych. W końcu pod koniec lat 20., po serii wypadków, amerykańskie władze wprowadziły przepisy regulujące raczkujące dopiero lotnictwo cywilne. To w połączeniu z wielkim kryzysem, który wybuchł w 1929 roku w Stanach Zjednoczonych, doprowadziło do upadku barnstormingu. Wiele znanych cyrków lotniczych splajtowało. Przetrwało kilka mniejszych, które działały jeszcze w latach 30., ale i one straciły rację bytu, gdy w 1938 r. władze federalne wprowadziły przepis, który mówił o obowiązkowym zakładaniu spadochronów. Wybuch wojny sprawił, że popisy nieustraszonych lotników zbladły wobec grozy, która ogarnęła cały świat.

Nie znaczy to jednak, że lotnicy przestali być odważni. Wspominając emocjonujące popisy wingwalkerów z czasów pokoju, warto przypomnieć epizod z II wojny światowej. Zasłynął w nim 22-letni Nowozelandczyk służący w RAF-ie. Gdy w 1941 r. wraz z kolegami wracał bombowcem Wellington z lotu bojowego do bazy w Norfolk, zostali zaatakowani przez niemiecki myśliwiec. Strzelec pokładowy zdołał wprawdzie strącić wrogą maszynę, ale pilot Luftwaffe puścił serię w Wellingtona, która uszkodziła przewody paliwowe i wznieciła ogień. Wyciekające we wnętrzu skrzydła paliwo paliło się. Sześcioosobowa załoga bombowca była w poważnych opałach. Lotnicy wybili nawet dziurę w kadłubie i próbowali gasić pożar czym się dało, nawet kawą z termosów, ale płomienie dalej buchały.

Wtedy sierżant James Allen Ward powiedział kolegom z załogi, że wyjdzie na skrzydło i stłumi ogień brezentową płachtą. Pomysł był szalony, ale była to zarazem jedyna szansa na ocalenie. Przywiązany do kadłuba Ward wyszedł na skrzydło, a Wellington zmniejszył prędkość. Sierżant z niemałym trudem dotarł do silnika, niestety pęd powietrza wyrwał mu brezent z rąk. Na szczęście wtedy paliwo zaczęło wyciekać na zewnątrz skrzydła, przez co płomienie nie zagrażały już konstrukcji. Bombowiec doleciał bezpiecznie na lotnisko, a za swój wyczyn nowozelandzki sierżant dostał Krzyż Wiktorii - najwyższe odznaczenie imperium brytyjskiego za odwagę w boju.

Powrót do korzeni


Zespól Breitling Wingwalkers lata na podrasowanych boeningach Stearmanach. Fot. Katsuhito Tokunaga

Po wojnie, gdy lotnictwo weszło na kolejny etap rozwoju, ludzi zaczęły fascynować nowe wyzwania - przełamanie prędkości dźwięku, napęd odrzutowy i loty na orbitę. Złota era latających cyrków skończyła się na dobre, bo i magia samolotów nieco spowszedniała. W Stanach Zjednoczonych w latach 70. narodziło się kilka grup, które próbowały reaktywować barnstorming i wingwalking. Główną przeszkodą były wtedy przepisy, wedle których akrobata musiał być przypięty do specjalnego stelażu na górnym płacie samolotu.

Jedną z takich grup był Flying Circus Aerodrome z Baelton w Wirginii. Ron David, pilot, który został szefem grupy lotników, postarał się o stosowne zezwolenia od władz na przeprowadzanie w powietrzu ewolucji z kaskaderami na skrzydłach. Latali na maszynach, które były replikami samolotów z I wojny światowej.

O wingwalkingu przypomnieli sobie także Europejczycy. W 1982 r. Brytyjczyk Vic Norman utworzył firmę AeroSuperBatics Ltd, która zajmuje się właśnie wingwalkingiem. Podobnie jak inni piloci z latających cyrków, Vic połknął bakcyla latania bardzo wcześnie.

Pasja zawładnęła nim już gdy miał 4 lata i latał z ojcem jego samolotem. Gdy był nastolatkiem, jeździł na gokartach i został nawet wybrany do reprezentacji kraju, ale w wyścigach nie mógł wystartować bo był za młody - przepisy dopuszczały udział dopiero od 16 roku życia. Norman poczekał kilka lat i gdy skończył 17 lat zamiast jeździć gokartami zaczął latać. Wybór College of Aeronautical Engineering był naturalną konsekwencją jego lotniczej pasji. Był rok. 1960 i jak wspomina Vic, to było dobre miejsce.

10 lat później kupił swój pierwszy samolot - belgijski szkolny dwupłatowiec Stampe - na którym szlifował swoje umiejętności i technikę latania, a za czasem uczył się akrobacji. W 1982 roku zrobił kolejny krok i kupił Zlina 50, który był już typową maszyną do akrobacji. Wtedy też zdał sobie sprawę, że lotnicze popisy mogą być świetnym nośnikiem dla reklam. Tak zrodziło się AeroSuperBatics, które w ciągu ostatnich 27 lat w sposób niezwykle udany promowało swoich sponsorów.

Gdzieś na angielskiej prowincji...

Jak to możliwe? A któż zdoła się oprzeć czarowi pięknych, wysportowanych dziewczyn, które na skrzydłach oldschoolowych boeingów Stearman popisują się z gracją akrobatycznymi sztuczkami? Chyba niewielu i nic dziwnego, bo pokazy Breitling Wingwalkers robią wrażenie. Kobiety na skrzydłach nie są jednak przejawem damskiej emancypacji. Już bowiem w czasach Ormera Lockleara płeć piękna spacerowała po skrzydłach aeroplanów. Wystarczy wspomnieć niejaką Ethel Dare, byłą artystkę cyrkową, znaną też jako Fruwająca wiedźma lub Królowa powietrza, która jako pierwsza kobieta wyszła z kabiny na skrzydło (naprawdę nazywała się Margie Hobbs, a jej popisy były sensacją, szczególnie, gdy rzucała się ze skraju skrzydła, a od niechybnej śmierci na ziemi ratowała ją tylko lina na nodze, którą była przywiązana do samolotu). Zresztą w latach 20. XX wieku kobiet, które za nic miały ryzyko i praktykowały wingwalking, było znacznie więcej. Ciekawostką jest fakt, że np. Charles Lindbergh uczył się skoków spadochronowych od Virginii Angel z jednego z latających cyrków.

W ciągu sezonu latający cyrk Normana daje nawet setkę popisów - głównie w Wielkiej Brytanii i krajach Europy Zachodniej. W 2012 roku po raz pierwszy grupa dała show w Chinach, a w marcu tego roku odwiedziła południową półkulę prezentując się w Australii. W tym celu trzeba było zdemontować skrzydła i w kontenerach wysłać samoloty na statkach drogą morską. Normalnie bowiem na pokazy w Europie Stearmany po prostu przelatują.

Zobacz, co wyprawiają w powietrzu wingwalkerki:

- Australijska podróż była także wielkim sukcesem, mieliśmy świetną prasę - mówi Sarah Tanner, jedna z siedmiu akrobatek Breitling Wingwalkers. Oprócz show podczas międzynarodowej imprezy lotniczej w Victorii, Sarah fruwała także nad zatoką w Sydney.

Sarah od dziecka podziwiała taneczne popisy akrobatów na skrzydle samolotu, nie myślała jednak nigdy o tym, że sama będzie to robić. Zwykle w latających cyrkach wystepowały bowiem córki pilotów. Zanim trafiła do zespołu Vica Normana, była menadżerem zajmującym się organizacją imprez, pracowała m.in. przy festiwalach - słynnym rockowym w Glastonbury i Fringe w Edynburgu.


Sarah Tanner na górnym płacie Stearmana, a za sterami Martyn Carrington. Fot. Mike Jorgensen

Wingwalkerką została trochę przez przypadek, gdy podczas festiwalu balonowego jej szef zachęcił ją, by spróbowała swoich sił na skrzydle. Wtedy w latającym cyrku był akurat wakat. Udało się jej przejść pomyślnie testy i dostała pracę. Sarah, która w zespole występuje pod pseudonimem Sahara, lata na skrzydle już ósmy sezon. A ponieważ grupa się rozrasta, oprócz pełnych adrenaliny pokazów zajmuje się sprawami organizacyjnymi - pomaga właścicielowi w koordynacji występów i szkoli nowe członkinie zespołu. Mimo biurowych obowiązków, nadal kocha pędzić przez przestworza z prędkością 150 kilometrów na godzinę. Jedną z jej ulubionych ewolucji jest lot do góry nogami wzdłuż tłumów śledzących show. Lubi też po prostu siedzieć na krawędzi górnego skrzydła.

Gdy się ogląda z ziemi popisy Sarah i jej koleżanek, wydaje się, że akrobacje robią z łatwością i jakby od niechcenia. To jednak tylko pozory. W rzeczywistości dziewczyny muszą wkładać dużo siły w to, żeby utrzymać daną pozycję przez kilkanaście sekund, walcząc przy tym z ogromnym oporem powietrza, przeciążeniami sięgającymi 4 G. To szczególnie trudne, gdy stoi się na płacie rękach albo na jednej nodze. Można też nieźle zmarznąć, bo owiewany powietrzem z prędkością ponad 200 km/h człowiek czuje się jak w strumieniu lodowatego wichru.

- Po sezonie mamy niezłe mięśnie, zwłaszcza ramion - śmiała się w jednym z wywiadów Stella Guilding, pseudonim Stealth, która jest wingwalkerką od 5 lat. - Możemy rozłożyć każdego chłopaka w siłowaniu się na rękę - żartowała Danielle Ptak Hughes, która zanim dołączyła do grupy trenowała intensywnie taekwondo - pięć razy w tygodniu (była zresztą mistrzynią Wielkiej Brytanii gdy miała 14 lat).

Danielle, oprócz tego, że jest powietrzną akrobatką, ma także licencję pilota. Koledzy z zespołu, którzy zasiadają za sterami Stearmanów, podobno już obgryzają paznokcie na myśl, że wkrótce ich zastąpi.

Zajrzyj na fanpage autora i zobacz jego inne publikacje

Rekordy wingwalkerów

Nieoficjalny rekord świata jeśli chodzi o liczbę kaskaderów na jednym skrzydle ustanowiony został w 1981 r., kiedy to 19 spadochroniarzy stało na lewym skrzydle lecącego Junkersa JU-52.

Najmłodszym wingwalkerem był 8-letni Tiger Brewer, który w 2009 r. przy prędkości 161 km/h wyszedł na skrzydło samolotu pilotowanego przez swojego dziadka. Wyczynu tego dokonał na wysokości ponad 300 m.

Czytaj w Menstream.pl
Szukają wraku słynnego Karasia
Odnalezienie zestrzelonego legendarnego bombowca może okazać się sensacją na skalę międzynarodową.
Polscy esesmani nie są nazi
Noszą hitlerowskie mundury, ale wzruszają się, gdy dziecko ucałuje polską flagę. Jaka jest prawda o polskich Die Freiwilligen.
Zawodowo wylatują w powietrze
Jeden błąd i głowa może się roztrzaskać jak arbuz, ale na nich nie robi to najmniejszego wrażenia. Do swojej pracy podchodzą na zimno.
Tagi:

samoloty

latający cyrk

wingwalker

barnstorming

dolnośląski festiwal tajemnic

Bartosz Wawryszuk
2013-08-13
SKOMENTUJ

  
Podaj czwarty znak kodu ysube
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Masz szansę rozpocząć ciekawą dyskusję.