Męski Świat Inne strony świata Polska Tajemnicza góra skarbów, której po wojnie mieli strzec naziści. Tomasz Bonek zaprasza na poszukiwanie złota na Wielisławce

Tajemnicza góra skarbów, której po wojnie mieli strzec naziści. Tomasz Bonek zaprasza na poszukiwanie złota na Wielisławce

Tajemnicza góra skarbów, której po wojnie mieli strzec naziści. Tomasz Bonek zaprasza na poszukiwanie złota na Wielisławce
[fot: Tomasz Bonek]

Zwykła, mała dziura, jakich w Polsce wiele. Z jednej strony zdewastowane gospodarstwo - dawny PGR, z drugiej nowa - agroturystyka, z trzeciej zalany niedawno przez ulewne deszcze stary młyn. Większość ludzi przyjeżdża tu tylko po ty, by zobaczyć słynne organy wielisławskie - skały, które przypominają ten instrument. Mało kto jednak wie, że gdzieś za nimi, w masywie góry, mogą być ukryte niewyobrażalne skarby - tzw. złoto Wrocławia. Aby je odkryć, trzeba się wybrać do wsi Sędziszowa na Dolnym Śląsku.

- To był szał. Jakby ktoś nagle dostał amoku. Zaczęło się krótko po tym, jak Czesław Kiszczak został szefem Wojskowej Służby Wewnętrznej. Od tego czasu zaczęliśmy szukać skarbów, tak na poważnie. Wówczas trafiliśmy na Dolny Śląsk – opowiadał mi jeden z byłych oficerów tej służby, kiedy przygotowywałem reportaż do książki Lubiąż. Mroczne tajemnice opactwa, która już w sierpniu pojawi się w księgarniach. Oczywiście, ciągnąłem go za język przede wszystkim w sprawie lubiąskiego klasztoru, gdzie WSW w latach 80. XX znalazła skarb, ale przy okazji usłyszałem kilka historii dotyczących okolic. Historii, które się ze sobą łączą, przenikają i uzupełniają. A wszystkie zaczynają się tuż po wojnie...

Co zostawili Niemcy, czyli o skrytkach Grundmanna

Najpierw odradzające się w nowej Polsce służby muzealne chciały ratować przed Rosjanami i szabrownikami wszystko co wartościowe. Później złotem, biżuterią i dziełami sztuki zajęły się służby specjalne, w tym wywiad i kontrwywiad, czyli szeroko pojęty aparat bezpieczeństwa. Głównym rejonem poszukiwań był Dolny Śląsk. To tu bowiem trafiały z całej III Rzeszy - oraz z terenów przez nią zajętych - rozmaite dobra. Praktycznie od 1943 roku, kiedy już część niemieckich generałów zdawała sobie sprawę, że potęga Hitlera chyli się ku upadkowi, rozpoczęło się przenoszenie czego się da na tereny bezpieczniejsze. Za taki właśnie obszar uchodził Dolny Śląsk, leżący w centrum kraju, raczej z dala od nalotów alianckich myśliwców. Powstało tu przede wszystkim mnóstwo drobnych i większych fabryk zbrojeniowych (niektóre pod ziemią) oraz składnice z dziełami sztuki. W ukrywaniu dóbr kultury na tym terenie ogromną rolę odegrał kustosz prowincji wrocławsko-opolskiej, Günther Grundmann.

Studiował historię sztuki w Monachium, a następnie we Wrocławiu. W czasie I wojny światowej służył w wojsku, a później został nauczycielem historii w szkole w Cieplicach Zdroju. Od 1932 roku pełnił natomiast obowiązki konserwatora zabytków na Dolnym Śląsku. Grundmann pod koniec wojny otrzymał od swoich zwierzchników z Berlina kluczowe zadanie. Miał zabezpieczyć dzieła sztuki z klasztorów, kościołów, muzeów oraz, prawdopodobnie, z kolekcji prywatnych. Wywoził je w głąb Dolnego Śląska, przede wszystkim do rozlicznych pałaców i zamków, gdzie były składowane. Bardzo rzadko trafiały do sztolni, czy piwnic. Miały być bowiem zabezpieczone przed zniszczeniem także ze względu na niewłaściwe przechowywanie. Utworzył w tym celu 80 skrytek, których zaszyfrowaną listę udało się odnaleźć tuż po wojnie. Odczytał ją Józef Gębczak, szef Muzeum Śląskiego we Wrocławiu.

Grundmann jednak w ostatnich dniach wojny niektóre skrytki ewakuował sam. Zbliżał się front i Rosjanie, więc wybierał najcenniejsze dzieła i wywoził je w głąb Rzezy. Tak było chociażby z arcydziełem malarskim Madonną burmistrza Meyera pędzla Hansa Hollbeina z zamku w Karpnikach. Wszystkie miejsca z listy Grundmana odwiedziła po wojnie polska komisja rewindykacyjna Ministerstwa Kultury i Sztuki, którą kierował Witold Kieszkowski. Ale zawartość skrytek nie była już kompletna.


fot. Tomasz Bonek

O miejscach, w których Grundmann ukrywał skarby Józef Gębczak opowiedział m.in. funkcjonariuszowi wrocławskiej SB, Stanisławowi Siorkowi. Ten połączył te opowieści z innymi, dotyczącymi skarbów zdeponowanych na Dolnym Śląsku, a przede wszystkim z historią relacjonowaną przez Herberta Klose, Niemca, który podczas przesłuchania przez policję zeznał, że był świadkiem ukrywania złota banków wrocławskich.

Transport złota

Złoto miało zostać ukryte w ostatnich dniach obrony Festung Breslau (red.: twierdza Wrocław) w podziemiach prefektury policji, w skrzyniach. Na pierwsze informacje o tym depozycie służby specjalne trafiły w 1953 roku. Ich funkcjonariusze rozpracowywali Niemców, którzy pozostali m.in. na Dolnym Śląsku, mimo przyłączenia Ziem Zachodnich do Polski. Pomagali im, rzecz jasna, rozliczni współpracownicy, którzy donosili na swoich sąsiadów. Tak milicja i SB trafiły na Herberta Klose, przedstawiającego się jako weterynarz. Podczas rozlicznych przesłuchań Niemiec opowiedział, że pracował w strukturach policyjnych we Wrocławiu, a pod koniec wojny został wezwany do miejscowej prefektury, gdzie miał pilnować ukrytych w piwnicach skrzyń. O ich zawartości dowiedział się później, kiedy ze swoim przełożonym, standartenführerem SS Ollenhauerem, jeździł po Dolnym Śląsku w poszukiwaniu najlepszych miejsc na ukrycie tych skarbów. Oglądali masyw Śnieżki, zamek Grodziec, twierdzę kłodzką oraz stare sztolnie w masywie Wielisławki, w gminie Świerzawa.

Złoto zdeponowane w budynku policji miało pochodzić z banków Wrocławia ale także z Częstochowy. Według Klosego, sztaby oraz inne kosztowności, zostały podzielone na kilka kontyngentów, ponoć wywiezionych następnie z miasta gdzieś w kierunku Jeleniej Góry i schowanych w tajemnej skrytce. Strzec jej miał Werwolf, tajna organizacja niemiecka, dywersyjna, chroniąca niemieckie mienie pozostawione na utraconych ziemiach. Depozyty złota miały zapewnić możliwość szybkiej odbudowy III Rzeszy i umożliwić powrót do stabilizacji niemieckiej marki po przegranej wojnie. Skarbu tego nigdy jednak nie udało się odnaleźć.


fot. Tomasz Bonek

Stanisław Siorek dysponował też informacjami, że w byłym opactwie cysterskim w Lubiążu, gdzie miała działać niemiecka fabryka zbrojeniowa, też ukryte zostały drogocenne dobra. Z jednej strony miały to być depozyty ludności cywilnej z całego powiatu wołowskiego (w nim leży Lubiąż), z drugiej część złota Wrocławia, a co najważniejsze mnóstwo przemysłowej platyny. Siorek już bowiem wiedział, że w klasztorze działy zakłady, będące filią niemieckiej firmy Telefunken, która na zlecenie Ministerstwa Lotnictwa Rzeszy miała prowadzić badania nad radiolokacją i budować radary. Major podejrzewał, że wymagało to wykorzystania ogromnych ilości właśnie tego metalu. Relacje świadków, zeznających przed Komisją Ścigania Zbrodni Hitlerowskich oraz zeznania osób, przesłuchiwanych przez aparat bezpieczeństwa, bo były podejrzewane o wrogie działania na rzecz Niemiec, potwierdzały tę tezę.

Te wszystkie historie sprawiły, że funkcjonariusz SB zaczął interesować się skarbami na serio. To była pasja, którą próbował zaszczepić swoim zwierzchnikom, pisząc notatki służbowe i memoranda z informacjami o dolnośląskich skarbach. Udało mu się dopiero, kiedy zwierzchnictwo nad służbami specjalnymi przejął generał Czesław Kiszczak, też zakochany w wojennych tajemnicach, miłośnik poszukiwania skarbów.

Oficerowie MON i MSW wkraczają do akcji

Poszukiwanie skarbów na Dolnym Śląsku zaczęło się na dobre w 1980 r. kiedy to generał Jerzy Wojciech Barański, szef Głównego Zarządu Szkolenia Bojowego Wojska Polskiego, wydał specjalne polecenie oficerom podległym Ministerstwu Obrony Narodowej, w którym kazał przeprowadzić rekonesans potencjalnych miejsc ukrycia rezerw wrocławskiego banku III Rzeszy. Zajęła się tym grupa pułkownika Czesława Sochali, który w sprawozdaniu napisał później, że w wyniku rozmów i badania dokumentów, które przeprowadzono między 15 a 18 października, (...) proponuje się rozważyć możliwość powołania (lub reaktywowania) zespołu, który zająłby się powyższym zagadnieniem w skali krajowej.


Na zdj. Herbert Klose, fot. Instytut Pamięci Narodowej

W styczniu 1981 roku ruszył kolejny etap poszukiwań. Specjalną grupę skierowaną do tego celu zatwierdził nawet 11 czerwca 1981 roku sam generał Wojciech Jaruzelski, któremu dokumenty związane ze sprawą złota Wrocławia dostarczyć polecił Czesław Kiszczak, ówczesny szef WSW, którego wkrótce zastąpił generał Poradka. Jak wynika z nieoficjalnych informacji uzyskanych przeze mnie od osób, które wówczas współpracowały z tym kręgiem, szefów państwa i wojska nie przekonywało do poszukiwań samo złoto banków Breslau lecz przede wszystkim wizja odnalezienia ogromnych składów przemysłowej platyny.

Pułkownik Sochala powołał zespół złożony m.in. z ppłk. Bogdana Chrobota i majora Jerzego Liwskiego z Wojskowej Służby Wewnętrznej. Jego ludzie szukali dokumentów, wertowali archiwa, w tym kościelne, podając się np. za doktorantów przeprowadzających kwerendę, w celu zbierania informacji do prac naukowych. Wszyscy liczyli, że już niedługo dotrą do sztabek, że odkryją wielki skarb.

22 lutego 1982 roku przygotowana została w końcu kluczowa notatka służbowa, która rozpoczęła zmasowaną akcję poszukiwania skarbów na Dolnym Śląsku: (...) zgodnie z rozkazem przeprowadzono prace operacyjno-informacyjne i badawcze w rejonie Sudetów. Na podstawie posiadanych wstępnych informacji sporządzono harmonogram prac, w wyniku którego do dnia 15.02.1982 wykonano:

1. Rekonesans rejonu Sudetów
2. Badania geofizyczne w rejonie dwóch obiektów - przez Przedsiębiorstwo Badań Geofizycznych z Warszawy,
3. Analizę dokumentacji dotyczącej badanego rejonu w Archiwum Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Warszawie oraz częściowe zapoznanie się z dokumentacją będącą w posiadaniu mjr. SIORKA - zastępcy Naczelnika Wydziału II KWMO we Wrocławiu.
W wyniku tego ustalono, że do najbardziej interesujących obiektów należy zaliczyć:

  • obiekt nr 1 p.k. Zamek w rejonie Sosnówka
  • obiekt nr 2 p.k. Ślęza w rejonie masywu g. Ślęzy (red.: - chodziło o Ślężę)
  • obiekt nr 3 p.k. Wielisławka w rejonie g. Wodzisław Złotoryjski wieś Sędziszówka (wyróżnienie autora)
  • obiekt nr 4 p.k. Lasek w rejonie Lubiąża k/Wołowa
  • obiekt nr 5 p.k. Domek myśliwski w rejonie Małego Stawu na Śnieżce
  • obiekt nr 6 p.k. Julia
  • obiekt nr 7 p.k. Miedzianka
  • obiekt nr 8 p.k. Karpniki
  • obiekt nr 9 p.k. Tunel w rejonie Staniszowa
  • obiekt nr 10 p.k. Miłków
  • obiekt nr 11 p.k. Chojnik

Dlaczego Wielisławka?

Służby specjalne szukały złota Wrocławia przez prawie dwadzieścia lat. Ostatnie wielkie eksploracje to połowa lat 90., kiedy premierem był Józef Oleksy, a wicepremierem Grzegorz Kołodko. Przebadana została wówczas większość obiektów z powyższej listy - najlepiej zespół obiektów pocysterskich w Lubiążu, gdzie odkryto mały skarb złożony z siedemnastowiecznych monet. Sprawa wyszła na jaw, kiedy światło dzienne ujrzała zawartość tzw. szafy pułkownika UOP, Jana Lesiaka, w której znalazły się także dokumenty dot. inwigilacji polityków opozycji prowadzonej przez Urząd w celu skłócenia ich ze sobą. Ani wtedy, ani wcześniej, służby specjalne wielkich depozytów bankowych nie znalazły, choć sprawdzały wiele obiektów, w tym przede wszystkim te wskazane przez WSW w 1982 roku.


Instytut Pamięci Narodowej
Przez lata powstały na ten temat setki artykułów prasowych, wiele z nich zawierało informacje niewiele mające wspólnego z rzeczywistością. Były wynikiem wybujałej fantazji ich twórców. Ale jedno było w nich niezwykłe.... Większość autorów uważa dziś, że jeśli w ogóle historia złota Wrocławia jest prawdziwa, to zaginiony konwój wyjechał z nim gdzieś w kierunku Czech, albo został ukryty w okolicach Śnieżki.

Tymczasem Herbert Klose, jak dotąd jedyna osoba, która o tym skarbie opowiadała ze szczegółami, osiedlił się po wojnie w okolicach góry Wielisławka, we wsi Sędziszowa (gmina Świerzawa). Prowadził tu gospodarstwo rolne i, jak wspominają świadkowie, przyjmował także gości z zagranicy, z którymi udawał się m.in. do lasu. No cóż, spacerować wolno oczywiście każdemu, gdzie się tylko podoba, ale w kontekście opowieści Klosego te wyprawy rodzą podejrzenia, zwłaszcza że w pobliskim lesie tuż po wojnie udało się znaleźć kilka poniemieckich skrytek. Była w nich broń, ubrania, przedmioty codziennego użytku, a także ruble. Wszystko to miało służyć dywersyjnej organizacji Werwolf, która miała również strzec pozostawionego przez Niemców na utraconych ziemiach mienia.

Wielisławka sprzyjała ukrywaniu – znajdują się tu stare sztolnie, jaskinie, co rusz odkrywane są nowe podziemia. Wziął ją też pod uwagę mityczny Ollenhauer, który miał za zadanie ukrycie zasobów banków Wrocławia. Czy właśnie tu schował złoto? Sprawdźcie sami! Ruszcie przez tajemniczy las na wyprawę na sam szczyt Wielisławki (375 m n.p.m.). Nawet jeśli niczego nie znajdziecie, trud podróży zrekompensuje niesamowity widok ze szczytu na panoramę Krainy Wygasłych Wulkanów, mijane jaskinie oraz niezwykły pomnik przyrody - permskie skały (około 48 mln lat) przypominające organy, nazwane przez naukowców organami wielisławskimi. To naprawdę warto zobaczyć.

Tagi:

Polska

góry

skarb

nazista

wielisławka

Tomasz Bonek
2012-07-26
Inne Strony Świata
Mapa