MenStream.pl: Jak Pan odbierał wydarzenia z końca sierpnia 80. roku? Miał Pan dopiero 25 lat.
Józef Pinior: Lata 80., to były przede wszystkim lata wielkiej przygody mojego pokolenia. Strajk generalny 1980 roku, potem 16 miesięcy organizacji legalnej Solidarności i w końcu stan wojenny, to był fascynujący czas, który ukształtował moje pokolenie.
Jako młodzi ludzie mierzyliśmy się z historią, to było dla nas wielkie wyzwanie. To, że w wieku 25 lat ma się pod swoją opieką kwotę 80 milionów, stoi się na czele potężnego regionu, strajku czy podziemia, to wielka odpowiedzialność, ale jak mówię także wielka, romantyczna przygoda. Czasy Solidarności, potem stanu wojennego miały w sobie coś z rewolucyjności, romantycznego buntu.
Pamiętam, że przed akcją podjęcia milionów Solidarności, w nocy z drugiego na trzeciego grudnia (1981 rok, przyp. red.) czytałem Orwella Hołd dla Katalonii. Nie był on wtedy jeszcze wydany w kraju, bo były to przecież czasy cenzury, czasy kiedy nie można było czytać swobodnie tego, co się chciało.
Stał Pan się legendą Solidarności za sprawą właśnie tej akcji. Jak to się właściwie udało? Był jakiś plan?
Oczywiście, takich akcji nie da się przeprowadzić spontanicznie. Myślałem o tym niemal od samego początku. Między innymi w demokratycznych wyborach w Solidarności wiosną, latem 1981 roku wystąpiłem z programem kształtowania strategii finansowej Związku. Wymyśliłem funkcję rzecznika finansowego zarządu regionu, funkcję, której nie było w statucie Solidarności.
Co to była za strategia?
Dzieliła się na dwie części. Na wypadek gdyby jednak Solidarność się utrzymała i była legalnie działającą organizacją, na wypadek demokratyzacji, jakiejś formy wolnych wyborów do parlamentu.
Postulowałem za tym, aby związek działał na tym nowym tworzącym się rynku. Aby stał się ważnym podmiotem gospodarczym i finansowym.
Założenia oparłem na tym jak funkcjonował Histadrut w Izraelu czy AFL-CIO w USA - główny Amerykański związek zawodowy. Ten plan, który przedstawiałem jeszcze w tych naszych związkowych wyborach, uzyskał uznanie delegatów i zostałem wybrany do zarządu regionalnego Solidarności.
A druga część?
O drugiej części głośno nie mówiłem. Dotyczyła ona tego, co zrobić na wypadek uderzenia bezpieki. Jak zabezpieczyć pieniądze zdeponowane na koncie bankowym Solidarności.
Przewidywał Pan już wtedy możliwość wprowadzenia stanu wojennego?
Myśmy wtedy myśleli, że będzie to stan wyjątkowy, a nie wojenny. Ale byłem pewny, że w każdym wariancie konfrontacyjnym władza wyciągnie rękę po majątek związku.
O planie poinformowałem kilka osób z prezydium regionalnego. W tamtym okresie należałem do zarządu, ale rzecz jasna to musiała być decyzja ciała kolegialnego. To musiało się odbyć w absolutnej tajemnicy, więc informowałem tylko tych, do których miałem największe zaufanie. Do tego stopnia baliśmy się przecieku, że nie rozmawiałem we wrocławskiej siedzibie Solidarności. Byłem niemal pewien, że były posłuchy, rozmawialiśmy więc na placu przy ulicy Mazowieckiej.
Kim były te zaufane osoby?
Informowałem Władka Frasyniuka, który był przewodniczącym związku, Piotra Bednarza, który był wiceprzewodniczącym, Karola Modzelewskiego, Basię Labudę, no dosłownie parę osób z tego prezydium zarządu, tak żeby to była kolektywna decyzja. Nie informowałem natomiast nikogo ile wyjmiemy. Oni myśleli, że wyjmę 5 - 10 mln złotych.
Solidarność zawsze mniej więcej taką kwotę podejmowała w sytuacjach kryzysowych. Skarbnik z czekiem jechał do banku, wyciągał odpowiednią sumę i przywoził do kardynała Henryka Gulbinowicza na przechowanie (W latach 1976–2004 arcybiskup, metropolita wrocławski, przyp. red.).
Jak to się odbyło? Poszedł Pan do banku z czekiem i podjął pieniądze?
Nie, nie. Mniej więcej na jesieni było dla mnie oczywiste, że będzie uderzenie, że nie będzie demokratyzacji. Logicznym było, że pierwszym ruchem będzie blokada kont bankowych. Dlatego musiałem jakoś zabezpieczyć maksymalną gotówkę zgromadzoną przez związek.
Akcję przygotowałem na 3. Grudnia, na rano. W przeddzień, późnym wieczorem, poinformowałem dyrektora 5. oddziału Narodowego Banku Polskiego we Wrocławiu.
Dlaczego akurat wieczorem?
Z dwóch powodów po pierwsze żeby przygotował odpowiednią ilość pieniędzy, to było w końcu 80 milionów, bank musiał przygotować taką sumę. To nie trwa 20 minut, poza tym jak już byśmy się pojawili w banku to nie mogliśmy czekać. Po drugie chodziło o to żeby bank nie powiadomił milicji o takiej wypłacie.
Wówczas nie było jak dziś, że transakcje zabezpieczają specjalne firmy ochroniarskie. Tym zajmowała się MO, bank informował komendę, a ona gwarantowała bezpieczeństwo tej operacji. Z natury rzeczy bałem się tego, że powiadomią SB. Stąd to moje wieczorne spotkanie z dyrektorem banku, Jerzym Aulichem. Postąpił z ogromną klasą, kazał przygotować odpowiednią sumę i nie zawiadomił milicji.
Po cichu was wspierał?
Tak, na ogół dyrektorzy banków mi sprzyjali. Chociaż, jako szef Solidarności czasem się z nimi zderzałem. Zdarzało się, że byli to dawni oficerowie AK lub przedwojenni komuniści, ale zawsze ludzie na poziomie. Oni mieli do mnie pewnego rodzaju słabość – to byli ideowcy. Może podświadomie wiedzieli, że to ja mam rację, że Solidarność ma rację. Ta akcja powiodła się także dzięki nim.
Kto brał udział w akcji?
Wczesnym popołudniem 2. grudnia poinformowałem Tomka Surowca i Piotra Bednarza żeby byli na Mazowieckiej, że pojedziemy razem autem Surowca po pieniądze do banku. Poinformowałem też Stanisława Huskowskiego, który miał samochód żeby czekał na nas w innym miejscu Wrocławia. Nawet oni byli przekonani, że jedziemy po 10 milionów.
~Gość
~Gość
~Gość
~Gość
~Gość
~Gość