Hołowczyc: Auta się nie rozbija, łatwiej je spalić
1/2 | 2010-09-02 06:50
Pożarem zakończył: Rajd Polski, Niemiec i Mistrzostwa Europy. - Przezywali mnie strażakiem - mówi w rozmowie z MenStream znany kierowca rajdowy, Krzysztof Hołowczyc.
Czytaj dalej

fot: www.holek.pl MenStream.pl: Miał Pan zostać kaskaderem w znanej amerykańskiej wytwórni filmowej?Krzysztof Hołowczyc: To było bardzo dawno temu, jeszcze w latach 80. Miałem fajny kontakt z kaskaderami z Paramount Pictures. Zaproponowali mi, że mogą zdradzić parę sekretów tego rzemiosła i mnie podszkolić.
I nie zdecydował się Pan na karierę w Hollywood?Nie. Pomysł wyjazdu do Stanów był takim trochę krzykiem rozpaczy. W Polsce nie było wtedy pracy, było ciężko, a miłość do motosportu jest bardzo kosztowna. Każdy amortyzator, opona w tamtych czasach to był ogromny wydatek. Aby móc się ścigać na jakimś poziomie, trzeba było mieć pieniądze nie tylko na same starty, ale także na części.
Mniej więcej w tym samym czasie dostał Pan propozycję pracy jako fabryczny kierowca polskiego Fiata. Tak. Motoryzacja była i wciąż pozostaje tym, co najbardziej kocham, dlatego wybrałem pasję.
Musiał Pan więc znaleźć sponsorów?Jeszcze wtedy rynek sponsorów nie funkcjonował, to były dopiero początki. Czasem zdarzało się, zwłaszcza jak ocierałem się o kadrę Polski, że dostawaliśmy kaski, czasem ktoś sprezentował nam jakiś olej do naszych silników. Wszystko to jednak było za mało, aby poważne zająć się tym sportem. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że pomimo bardzo dobrych początków mojej kariery rajdowej, bez odpowiednich środków daleko nie zajdę.
I co Pan postanowił?Aby zarobić na swoją pasję musiałem liczyć na siebie, gdyż nie miałem tatusia, który mógłby mi sprezentować parę milionów, abym mógł się pościgać. Zajmowałem się więc różnymi rzeczami, starałem się rozkręcić jakiś biznes. Kupowaliśmy z kolegą samochody na Zachodzie i tu staraliśmy się je sprzedać.
To był fajny kawałek chleba, gdzieś się jechało, przy okazji coś się zobaczyło. Najpierw klasycznie wyjeżdżaliśmy po jeden samochód, później braliśmy lawetę i sprowadzaliśmy kilka czy nawet kilkanaście. Przy tym głodzie zachodnich marek w Polsce, zajęcie to przynosiło fantastyczne profity. Na giełdzie te, jak na polskie warunki, nowoczesne auta szły na pniu.
W dzieciństwie marzył Pan nie o wyścigach rajdowych, ale o tym, aby zostać kierowcą karetki pogotowia? (
Śmiech) To były takie dziecięce marzenia, każdy chłopak miał takie. Jeden chciał zostać strażakiem, inny listonoszem. Ja chciałem pędzić karetką. Wówczas, gdy patrzyłem jak mknie przez miasto, kluczy między samochodami, jak ostro wchodzi w zakręty myślałem sobie:
jak to bym dopiero ratował. Karetka była w moich dziecięcych oczach najszybszym samochodem ze wszystkich.
Został Pan jednak kierowcą rajdowym.No tak, człowiek dorasta (
śmiech). Wie pan, różne się w życiu rzeczy robi. Mnie poniosło w stronę sportu i tak powoli, powoli stawałem się zawodowym kierowcą rajdowym. Miałem to szczęście, że doszedłem do takiego momentu w życiu, że robię to, co kocham i dostaję jeszcze za to pieniądze.
Pamięta Pan swój pierwszy samochód? Oczywiście. Duży Fiat 125p, który pożyczałem od taty prosząc:
tato daj, pojadę gdzieś tam, a tata dawał. Kiedy razem budowaliśmy domek letniskowy, pomagałem mu, przybijałem gwoździe, szlifowałem deski, za to wieczorem, w nagrodę, mogłem pojeździć taty fiatem. Jednak często wracałem nie do końca sprawnym samochodem, tata musiał ze mną czyścić silnik i reperować skrzynię biegów, lub naprawiać inne usterki. Wreszcie uznał, że znacznie lepiej będzie jak w końcu sprezentuje mi ten samochód i sam będę o niego dbał.
W młodości miał Pan ciężką nogę?Prawdę mówiąc to tak mi do tej pory zostało. Na szczęście teraz częściej jest to na odcinkach specjalnych niż na zwyczajnej drodze, ale zawsze tę prędkość kochałem.
Dostał Pan kiedyś mandat za nieprzepisową jazdę?Pewnie, że tak. Nie jestem świętym, tylko zwykłym człowiekiem. Każdemu się zdarza, ludzka rzecz, sam pan wie. Trzeba jednak wyciągać z takich sytuacji właściwe wnioski.
Podczas rajdów osiąga Pan wielkie prędkości i nie zawsze udaje się uniknąć kolizji. Wiele wygląda naprawdę poważnie. Ile samochodów skasował Pan w swojej karierze?Robiliśmy ostatnio taką analizę. W porównaniu z innymi kierowcami rajdowymi niewiele. Myślę, że mniej niż pięć. Zaraz, zaraz, jeden skasowałem na rajdzie w Wielkiej Brytanii, drugi... wie pan co, chyba częściej zdarzało mi spalić samochód, niż go rozbić.
Jak to?Zwyczajnie, zapaliło mi się parę samochodów rajdowych. W pewnym czasie koledzy naśmiewali się ze mnie i nazywali mnie strażakiem. No bo spaliłem samochód i na Rajdzie Polski i na Rajdzie Deutschland oraz Toyotę jak walczyliśmy na mistrzostwach Europy. Te samochody TURBO, miały taką cechę, że gdy panowały ogromne temperatury, każdy wylany płyn powodował pożar.
To Pana powinni nazywać piromanem, a nie strażakiem!Ale to nie ja podpalałem te samochody (
śmiech). W czasie jazdy rajdowej nagle spod maski buchały płomienie! Pamiętam jak na Rajdzie Deutschland chciałem ratować mój samochód. Jechałem więc do końca mimo że Maciek (pilot i partner rajdowy, przyp. red.) już wyskoczył, wiedział że jest to niemożliwe. Ja jednak liczyłem, że zjadę na dół, do mety. Tam zawsze powinna znajdować się duża gaśnica i przygotowany na taką ewentualność punkt. Niestety nie dojechałem, a na dodatek prawie się zaczadziłem.
Podobno kiedyś, poza wyścigiem, na drodze publicznej zdarzyło się, że zasłuchał się Pan w Pink Floydów i toyotą celica wjechał Pan w chałupę.To już urosło do miana anegdoty, przyczyna właściwie była inna. Winny był błąd w programie komputera pokładowego, jeszcze wtedy nie za bardzo potrafiliśmy wchodzić w programy komputerowe. Przy gwałtownym dodaniu gazu, mówiąc potocznie, samochód
kichał.
Jadę więc sobie tym samochodem, rzeczywiście słucham Pink Floydów, a padał rzęsisty deszcz, kiedy nagle wpadłem w poślizg. Zareagowałem jak w rajdowym aucie, dodałem gwałtowniej gazu by odzyskać kontrolę, ale samochód nie zrobił tego co trzeba, tylko zaczął się obracać. Kierowca, który jechał z przeciwka stwierdził później, że myślał, że to UFO ląduje. Czerwone-białe, czerwone-białe, tak się obracałem po barierze robiąc spiny. W końcu tyłem uderzyłem w budynek. Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że nawet tynk się nie obsypał.
Więc nic się jednak nie stało?Ostatecznie, chociaż wypadek wyglądał groźnie, szczęśliwie nie skończył się tragicznie. W końcu pozdzierałem tylko lakier, stłukłem tylne lampy i spokojnie, bez większych szkód pojechałem dalej.